|
[HISTORIA]
Spineshank... 
Zespół z bagatela siedmioletnim stażem, ma już na swym koncie 3 płyty. Początkowo nosił on nazwę Basic Enigma, ale po
usłyszeniu jednej z najlepszych płyt metalowo industrialowych (mowa tu oczywiście o 'Demanufacture' Fear
Factory), panowie postanowili rozwiązać zespół. Bardzo mocna, agresywna 'Demanufacture' skłoniła ich do
powołania w 1996 roku nowego projektu, pod nazwą SPINESHANK. Jeszcze w tym samym roku SPINESHANK zarejestrował płytę demo
(na której znalazły się utwory: Stain, Mend i Novocaine), inspirowane takimi zespołami jak: Fear Factory, Deftones, czy
Sepultura. Płytka ta dosyć szybko uzyskała uznanie na lokalnej scenie metalowej (Los Angeles). Tak oto zespół został
zaproszony przez Dino Cezaresa z Fear Factory, na supportowanie występu tejże grupy wraz z Coal Chamber w L.A., w klubie Whiskey
A Go-Go.
Dynamiczne, pełne energii, agresji koncerty SPINESHANK zaowocowały kontraktem z wytwórnią RoadRunner Records. Pierwsza
płyta zespołu nazwana została 'Strictly Diesel', a jej produkcją zajęli się panowie Jay Baumgardener i Amir
Derakh. Teraz w wielkim skrócie: w 2000 roku SPINESHANK nagrał drugą płytę 'The Height Of Callousness',
której wielki sukces zapewniły utwory: 'New Disease' i 'Synthetic'. Zespół zagrał wiele koncertów,
m.in. dał występ na Ozzfeście w 2001 roku. 17 września 2003 wyszła na rynek trzecia już płyta SPINESHANK, zatytułowana
'Self-Destructive Pattern'. Poniżej możecie przeczytać tłumaczenie tekstu o tym jedwabistym zespole z L.A., który
znajduje się na stronie wytwórni RoadRunner.
'Ponad dwa lata upłynęły od momentu, kiedy Spineshank wydał swój drugi album, The Height of Callousness. Po
usłyszeniu Self Destructive Pattern staje się jednak oczywiste, iż czas ten został dobrze spożytkowany. Self Destructive
Pattern to dźwięki zespołu, który wykorzystał całą swoją kreatywność i możliwości, które wcześniej były ledwo widoczne.
"Uświadomiliśmy sobie, w jakim momencie kariery jesteśmy", wyjaśnia perkusista Tommy Decker, "I to, że
musimy wydać wspaniałą płytę. I skoncentrowaliśmy sie na tym. Czuliśmy, że to był czas, aby się zmienić. Nasza muzyka stała
się bardziej punk rockowa. Jest mniej elektroniki. Trochę ją uprościliśmy i zrobilismy płytę rock'nrollową.
Chcieliśmy być w porządku wobec fanów, którym podobał się nasz poprzedni krążek i jednocześnie chcieliśmy stworzyć coś, co
nam samym się podoba". Połączyć obie te rzeczy jest niekiedy niemożliwe, ale grupie Spineshank udało się poprawić
muzykę z przeszłości i dodatkowo dowieść, że na Self Destructive Pattern składają się dźwięki przyszłości. I chociaż wiele
piosenek jest tak samo agresywnych, jak na The Height of Callousness, muzycy dokonali olbrzymich postępów zarówno w budowie
piosenek, jak i melodii.
The Height of Callousness puszczano na antenie radia i TV głównie dzięki singlom 'Synthetic' i
'New Disease'. Wtedy też grupa koncertowała na całym świecie dzieląc scenę z Disturbed, Mudvayne, hed PE oraz
Orgy i znalazła się w drugim etapie Ozzfest 2001. Zespół spędził półtora roku w trasie, wszyscy jego członkowie byli zmęczeni i mieli już
dość. Jadnak znużeni muzycy nie zaznali odpoczynku. Udali się do studia producenta GGGarth'a Richardsona (Mudvayne, Chevelle, Kittie) jedynie po to, aby przekonać się, że czas spędzony w trasie wcale nie był stracony. Napisanie utworów z albumu Self Destructive Pattern kosztowało ich wiele wysiłku, wspólnie wylanego potu, krwi, włożonej w to
energii i kreatywności. To był proces obfitujący w załamania i kolejne początki, próby i zmartwienia. Pewnego razu podczas
nagrywania komputer, na którym przechowywano większą część albumu, zepsuł się. Zespół myślał już, że 3 mięsiące ciężkiej
pracy poszło na marne, lecz GGGarth'owi udało się na szczęście odzyskać dane w nienaruszonym stanie. Gitarzysta Mike Sarkysian
powiedział: "Nagranie tej płyty zajęło nam 16 mięsięcy. To było jak rodzenie dziecka, niekiedy szło szybciej,
niekiedy wolniej. Naprawdę dało nam się to we znaki. Ale zawsze potrafiliśmy zrobić krok w tył i inaczej spojrzeć na to, co
tworzyliśmy, żeby potem spróbować czegoś zupełnie nowego. To było bardzo ekscytujące i stanowiło dla nas wyzwanie."
"Nagrywanie tego albumu było jak robienie sobie tatuażu", żartuje perkusista Tommy Decker.
"Artysta pracuje nad tobą bardzo długo. Potem przerywa i spryskuje miejsce pod tatuaż wodą i wtedy czujesz się fajnie.
Ale potem, kiedy zaczyna znowu, jest gorzej niż było i wtedy żałujesz, że w ogóle była jakaś przerwa." Jednak z całego
bólu zrodziła się inspiracja. Self Destructive Pattern rzeczywiście zyskał dzięki włożonej w niego pracy. Jako całość, album
pokrywa o wiele szersze spektrum dźwięków i stylów. Sarkysian przyznaje, że "jest bardziej różnorodny, jest więcej
'wierzchołków i dolin' niż na poprzednim krążku, gdzie przez 37 minut dawaliśmy ci kopa. Teraz dajemy ci kopa, a
kiedy myślisz, że to już koniec i możesz umknąć, dajemy ci kopa jeszcze raz". W prawdziwie darwinowski sposób, tylko
najodpowiedniejsze, najbardziej spineshank'owe kawałki przetrwały przesiew z ponad 30 piosenek, z którymi zespół
przybył do studia.

"To kolejna ewolucja. Kiedy słucha się Strictly Diesel i The Height of Callousness, to tak jakby słuchało się dwóch
całkowicie różnych zespołów. Musielismy znowu urosnąć. Chcieliśmy stworzyć płytę ekstremalną. Nie stosowaliśmy się do
jakichkolwiek reguł. "Violent Mood Swings" to brutalny kawałek, a piosenki, takie jak "Forgotten",
są prawie w stylu Nirvany, przypominającym "Rape Me". Nie wiedzieliśmy, skąd to się wzięło, ale czuliśmy się z
tym dobrze". W tekstach Santosa pojawiło się wiele prywatnych tematów. "Przez ostatnie kilka lat moja droga była
wyboista," wyznaje. "Zrujnowała w dużym stopniu moje życie społeczne i prywatne, stosunki z ludźmi, o których
myślałem, że są mi bliscy. Nie chciałem pisać piosenek pełnych złości i nienawiści, bo w Spineshank i tak jest jej
wystarczająco dużo." Inny temat pojawiający się na płycie to kwestia łatwo uzależniających się osobowości (zarówno
od narkotyków, jak i od ludzi). Santos i Tommy napisali prawie wszystkie piosenki wspólnie, to dzięki tej dwójce nabrały one
realnych kształtów. Santos przyznaje, że źródło inspiracji stanowiła zazwyczaj refleksja nad samym sobą. "Wielu ludzi
nie zastanawia się nad sobą. Pisanie piosenek jest zawsze o kimś innym, zawsze wskazuje się palcem innych, a nigdy
siebie", przyznaje Santos.
"Teraz zespół był bardziej skoncentrowany niż kiedykolwiek. Podczas nagrywania pierwszych dwóch płyt każdy z nas
miał inny cel. I wtedy to było właściwe. Ale tym razem wiedzieliśmy dokładnie, dokąd chcemy dotrzeć, i musieliśmy zastanowić
się, jak tego dokonać. Było sporo hard rock'a, no i sporadyczne kłótnie. Ale z tymi facetami jestem jak po ślubie. Ta
płyta jest dla mnie najlepsza na świecie. Dokonaliśmy czegoś, co wcześniej było dla nas niemożliwe. To było wielkie ryzyko,
ale również wielka szansa," kończy Santos.
tłumaczenie: Bożydar, źródło: Roadrunner Records
|