DEPSWA
|
Pochodzący z Los Angeles zespół Depswa, swoje tłukące jak pałka brzmienie przekształcił w melodyjnego hard rocka, który szybko zdobył sobie masową uwagę, pochwały i wielkie oczekiwania ze strony debiutanckiej płyty "Two Angels and A Dream", wydanej dla wytwórni Geffen Records. Należy też wspomnieć o ich tegorocznym udziale na letnim Ozzfeście. Późnym marcem, RockRage spotkał się z wokalistą Depswy Jeremy'm Penick'iem, by porozmawiać o rozwoju zespołu i o gwarze, który ich otacza.
RR: Zespół istnieje już kilka lat, ale z tego co wiem, to obecny skład jest wciąż dość nowy.
JP: Tak, to znaczy, no wiesz, aktualni członkowie zostali w to uwikłani przez pierwszą reinkarnację Depswy - przedtem nazywaliśmy się Carcinogen - i oryginalnymi członkami byliśmy ja i basista Ryan Burchfield. Przenieśliśmy się do L.A. i zwerbowaliśmy Dan'a Noonan'a - gitarzystę, który jest moim dobrym przyjacielem od dawna i skończyło się na tym, że zmieniliśmy nazwę na Depswa. Jakiś rok później, czyli półtora roku temu przyjęliśmy nowego perkusistę Gordon'a Heckman'a. Zaledwie od jakiś ośmiu miesięcy mamy nowego gitarzystę, który może zająć moje miejsce, więc więcej uwagi poświęcam śpiewaniu.
RR: Twoje obowiązki przejął James Mills?
JP: James. Tak.
RR: Gdy przyszło do nagrywania płyty to były jakieś znaczące różnice niż przy nagrywaniu EP-ek?
JP: To był prawdziwy kontrakt. Oczywiście, byliśmy dość zdenerwowani, najpierw zastanawialiśmy się jak to wszystko nam wyjdzie, jak kierować sobą w studiu.
RR: Zawsze był z wami ktoś z wywtwórni, kto przyglądał się jak sobie radzicie?
JP: Nie. Mieliśmy swoją przedstawicielkę z A&R i od czasu do czasu do nas wpadała, ale właściwie to tylko my i nasz producent interesowaliśmy się tym co się dzieje i tym co robimy z tą płytą. Było z tym trochę roboty. Najpierw po prostu wchodziliśmy i wszystko wydawało nam się trochę dziwne. Jak już ze wszystkim się oswoiliśmy mogliśmy być bardziej kreatywni, ustalić wszystko i mieć więcej pomysłów. Nie byliśmy tacy onieśmieleni gdy czuliśmy się tam bardziej komfortowo. Byliśmy w stanie zachować, przez większą część, całość naszej muzyki.
RR: Jesteście zaskoczeni tym co teraz się dzieje? Chodzi mi o rozpatrzenie tego, że w pewnym momencie zespół trochę posunął się w sekcji pisania i zaczęliście tworzyć bardziej dla siebie niż dla innych ludzi.
JP: Tak, myślę, że dorośliśmy jako artyści. Wygląda na to, że gdy spędzasz w zespole dużo czasu, tak było ze mną, gdy kilka lat temu czerpałem z tego co działo się dookoła, z tego co lubiłem i czego słuchałem, ale dorosłem i odkryłem, że nie mam nic wspólnego z muzyką, która nie wychodzi z mojej duszy. Wiesz o co mi chodzi? Nie słucham riffu, by zrobić kolejny riff. To wychodzi naturalnie podczas ćwiczeń.
RR: W waszej muzyce można z pewnością znaleźć wiele melodii. Ozzfest znany jest z tego, że gra na nim kilka naprawdę ciężkich zespołów. Wy macie utwory takie jak "Not Responsible", który jest dosyć ciężki, ale second stage dzielicie z grupami takimi jak Cradle Of Filth, Sworn Enemy i innymi. Nie jesteście nieco onieśmieleni? To znaczy są tam ludzie, którzy są tylko...
JP: O, tak, uwierz mi. Graliśmy przez około cztery miesiące razem z Mudvayne i niekiedy publiczność nie chciała tego słuchać, ale pod koniec koncertów większość z nich wyglądała jakbyśmy ich przeciągnęli na swoją stronę. Zbieraliśmy większość okrzyków radości. To jak w życiu, niektórzy polubią to co masz do zaoferowania, inni nie. Szczerze mówiąc, dorastałem na ciężkich rzeczach. Zrobiliśmy swoje. Na początku graliśmy bardzo, bardzo ciężko. Naturalnie, jakby, dorośliśmy do melodii, ponieważ byliśmy w stanie zajrzeć w siebie i nie bać się być szczerymi.
RR: To zdecydowanie pracuje na waszą korzyść. Zobacz tylko co się dzieje.
JP: Tak. To dziwne. Gdy pisaliśmy te kawałki nie mieliśmy pojęcia jak to może się skończyć.
RR: Właśnie. Piszecie dla siebie, dla tego co chcielibyście usłyszeć.
JP: Dokładnie. Dla mnie, myślę, że ostatnie kilka lat, jakby, pod względem muzycznym trochę wyschło. Zwykle, wiele czasu spędzasz na poszukiwaniu w sobie muzyki, której chciałbyś posłuchać, czegoś co cię zainspiruje.
RR: Są jakieś zespoły grające na Ozzfeście, które chcielibyście zobaczyć, spotkać i poszwędać się z nimi?
JP: I to nie jeden. Sam chciałbym zobaczyć, i bardzo się na to nastawiam, każdy zespół. Każdy z nich przynosi do stołu coś innego i to jest bardzo, bardzo fajne.
RR: Czytałem, że oszczędzaliście na bus na trasę. Osiągnęliście już ten cel?
JP: Cóż, zobaczymy. Powinniśmy się dowiedzieć jutro czy dostaniemy ten bus.
RR: To jest coś co robicie wy sami, czy wytwórnia?
JP: My to robimy, a management dowiaduje się czy to wyjdzie. Jeśli uzbieramy teraz dużo kasy, prawie tyle co na bus, możemy go dostać nawet teraz, gdyż większość grup z Ozzfestu mówi, że bus mieć trzeba, ponieważ pogoda jest brutalna, no i gdzieś trzeba sobie posiedzieć.
RR: A co z teledyskami? Coś się dzieje?
JP: Nakręciliśmy klip w Meksyku, ale chyba nie jesteśmy z niego do końca zadowoleni, natomiast zrobiliśmy coś do reality TV, która wychodzi na przełomie czerwca i lipca. Ten program nazywa się "Adrenaline X" i generalnie opowiada o życiu ekstremalnych motocyklistów, tych co robią te szalone skoki i takie tam. To co nazywają Metal Militia. To grupka świetnych jeźdźców i musisz ich zobaczyć od czasu do czasu, w tym konkursie, który robią dla pieniędzy. Nakręciliśmy dla ich TV show, gdy graliśmy a oni nad nami skakali. To coś jak Mad Max, wszędzie dym i obręcze z ogniem i my grający na szczycie tej starej, spienionej tandety. To takie wykwintne.
RR: A co z nazwą zespołu? Co mówicie ludziom gdy pytają was o jej znaczenie? Rozumiem, że jest w niej dużo znaczeń.
JP: Przede wszystkim to zaczerpnęliśmy tą nazwę z filmu "Medicine Man" (u nas, jak zawsze zgrabnie, przetłumaczony jako "Uzdrowiciel z Tropików" - przyp. m.) z Sean'em Connery'm. Jest on w Wenezueli z lesie tropikalnym i pracuje z tamtejszym plemieniem nad znalezieniem lekarstwa na raka, ale nie łatwo mu to idzie. W wiosce jest taki medicine man i nazywa się Depswa. Stąd to wzięliśmy. Dla nas to fajnie brzmiąca nazwa bez żadnego stygmatu, że ktoś naprawdę wie, co to, do cholery, znaczy.
RR: Racja. I dlatego o to pytam. Myślałem, "Cholera, co to znaczy?" Nawet szukałem w słowniku (ja też :)))) - przyp. m.), ale tam tego nie było.
JP: No tak. Dla nas jest to coś na czym możemy stawiać swoją muzykę, żeby nikt się o niej do czasu nie wypowiadał.
RR. Właśnie. Nie ma w tym jakiś przed-skłonności.
JP: Dokładnie i myśleliśmy, że to dość zajebiste. Później miałem przyjaciółkę, która powiedziała mi, że drugie imię jej szwagierki brzmi Depswa. Ona pochodzi z Zanzibaru i w ich języku oznacza to "głęboko za księżycem." To też wydało mi się zajebiste.
RR: Koncertując, jesteście w drodze z Evanescence i zakładam, że do Ozzfestu robicie sobie małą przerwę.
JP: Mówili nam, że jeśli załapiemy się na drugą nogę Evanescence podczas koncertów, to doprowadzi nas do Ozzfestu. Jestem pewien, że zrobimy przerwę, żeby się do tego przygotować.
RR: Więc na co najbardziej się nastawiacie, gdy wrócicie do domu?
JP: Trochę odpoczniemy, a potem będziemy odwiedzać tych, których nie widzieliśmy od dłuższego czasu, nasze dziewczyny i każdego. Ja wrócę koło pierwszego, gdyż mam trochę roboty dentystycznej, ale zamierzam być skoncentrowany nad pracą nad efektami dźwiękowymi, składaniem planu występu na trasie z Evanescence. Chcę złożyć do kupy dobrą strukturę utworu i zaakcentować ten koncert i publikę, gdyż myślę, że to inny typ publiki. Nie będzie tak intensywna jak tłum Slipknot czy Mudvayne. Będę mógł trochę więcej śpiewać i oni to złapią. Gdy wrócę do domu to będę tylko pracować nad interludiami między kawałkami, jak nad małymi efektami i brzmieniami i tego typu rzeczami, tak aby po utworze coś się działo, a nie tylko taka martwa cisza.
RR: Jest coś co chciałbyś dodać na koniec - o biznesie, graniu, wojnie, o czymkolwiek?
JP: Podczas tej wojny oglądałem telewizję to bardzo smutne, a ty jeszcze mówisz "Go America". To mój kraj i czuję się bardzo, bardzo źle z powodu tych rodzin i żołnierzy, którzy już stracili tam życia i z powodu tych, którzy zostali pojmani. To totalna tragedia, ale myślę, że wojna w ogóle nie jest przyjemna. Mam nadzieję, że niedługo się skończy i że będziemy mogli kopać tyłki, że ludzie znów będą mogli żyć normalnie, a żołnierze wrócą do domu.
RR: I będą mogli przychodzić na wasze koncerty.
JP: (Chichocząc) Dokładnie.
|