THE DILLINGER ESCAPE PLAN
|
Wywiad przeprowadzony w październiku 2010 roku z wokalistą The Dillinger Escape Plan - Gregiem Puciato. Wywiad miał miejsce w klubie Progresja przed koncertem grupy.
Sebastian Grabowski: Większość utworów na waszej set liście koncertowej pochodzi z dwóch ostatnich płyt. Niektóre zespoły, gdy wydają czwartą płytę grają dwa nowe utwory i w większości materiał z pierwszych płyt, w waszym przypadku jest odwrotnie.
Greg Puciato: To dla nas bardziej ekscytujące. Po za tym na samym początku z nowych utworów graliśmy tylko "Farewell, Mona Lisa" i "Chinese Whispers" i od razu zdaliśmy sobie sprawę z tego, że dzisiaj ludzie szybciej przyswajają nowe rzeczy ze względu na Internet, YouTube itp. Absorbują wszystko o wiele szybciej. Nowe utwory spotykały się z takim samym odzewem jak stare kawałki. Gdy graliśmy "Farewell Mona Lisa" ludzie reagowali entuzjastycznie jak w przypadku "Panasonic Youth". Powiedzieliśmy sobie, ok grajmy zatem więcej nowych rzeczy. W tym mieście zagramy raz, może dwa, a potem będziemy pisać kolejną płytę. Poszerzyliśmy swoją set listę, bo nie chcieliśmy pozbywać się z niej takich utworów jak "43% Burnt", czy "Sunshine the Werewolf". Nadal chcemy grać te kawałki. Wcześniej nasz set trwał 45 minut, teraz trwa 1h 15. Dla mnie to rewelacja, mogę grać więcej utworów.
Sebastian: Czy nadal macie problem z tzw. "społecznością hardcore'ową", która pragnie, abyście wrócili ze swoją muzyką do pierwszej płyty "Calculating Infinity", bo słyszałem, że "Farewell, Mona Lisa" to w zasadzie utwór wymierzony w tych właśnie ludzi?
Greg: Tak, zgadza się. Interesującą rzeczą jest fakt, iż wiele osób, które to mówi, nie przychodzi już na nasze koncerty. Tak naprawdę obecnie na utwory z płyty "Calculating Infinity" publika reaguje najsłabiej, co jest bardzo dziwne, to nam pokazuje, że jest dużo ludzi, którzy później zetknęli się z naszą twórczością. Sześć lat temu, gdy wydaliśmy "Miss Machine" i ep-kę z Mike'iem Pattonem było wokół nas sporo osób, którzy wyrośli na nas i pragnęli powrotu do brzmienia "Calculating Infinity". Teraz myślę, że tych ludzi już nie ma. Większość uczestników naszych koncertów to osoby, którzy cenią Dillingera za ostatnie albumy, poczynając od "Miss Machine". "Farewell Mona Lisa" jest prztyczkiem w nos dla tzw. "społeczności hardcore'owej". Frustrujące jest uczucie, że musimy kontynuować coś co robiliśmy 10 lat temu tylko dlatego, że ktoś tego od nas oczekuje. Dla mnie ten utwór jest perfekcyjnym połączeniem starego i nowego Dillingera. To idealna kompozycja, aby zawrzeć w niej takie właśnie przesłanie. Teksty są bezpośrednie, jak wers - Czego oczekiwałeś? Że nigdy nie opuścimy domu? - to bardzo konkretny i jasny przekaz.
Sebastian: Z jakich utworów z "Option Paralysis" jesteś najbardziej dumny?
Greg: Od razu przychodzi mi do głowy "Farewell Mona Lisa" i "Widower". "Farewell Mona Lisa", bo tak jak mówiłem, gdybym miał puścić jeden utwór komuś kto nigdy wcześniej nie słyszał Dillingera, to wybrałbym właśnie ten, pokazuje na co nas stać, jakie są nasze możliwości. "Widower" natomiast jest utworem, który zupełnie odstaje od reszty, pod tym względem był on dosyć trudny do napisania. Bardzo łatwo można maskować się za krzyczanymi wokalami, łatwo schować się za przesterowanymi gitarami i miażdżącym tempem, ponieważ jest to głośne i ostre. "Widower" jest wolny, obnaża nas kompletnie, słychać dokładnie co śpiewam, teksty i wokal są bardzo wyraźne. Było to nieco przerażające, zmierzyć się z takim utworem i umieścić go na płycie. Teraz to jedna z perełek na płycie, a także jedna z głównych atrakcji podczas koncertów. Dla wielu naszych fanów to ulubiony utwór na "Option Paralysis". Wychodzi na to, że mamy dobry instynkt i ludzie nie będą nas wygwizdywać podczas grania tego utworu na żywo.
Sebastian: "Gold teeth on a bum" to jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Czy jego treść jest anty-religijna?
Greg: Tak w zasadzie ten utwór przeciwstawia się materializmowi. Pochodzę ze wschodniego wybrzeża, z Nowego Jorku, gdy przeprowadziłem się do Los Angeles, zdałem sobie sprawę, że wartości tamtych ludzi są zupełnie inne. Pewnego razu podszedł do mnie człowiek prosząc o pieniądze, prawdopodobnie bezdomny, wyglądał strasznie, zapewne wciągał kokę, uderzyło mnie, że miał złoty ząb w gębie. Człowiek ze złotym zębem prosił mnie o pieniądze, jego ząb był więcej wart niż wszystko co miałem ze sobą, to wiele mówiło o jego priorytetach. Dla wielu ludzi ważne jest aby wyglądać na kogoś, kto odniósł sukces, ważne aby cię tak postrzegali, musisz być cool, lepszy od wszystkich, kiedy w rzeczywistości powinieneś skupić się na tym, co masz w środku, bycie lepszym człowiek, lepszym członkiem społeczeństwa, bycie dobrym dla przyjaciół, tworzenie czegoś wartościowego. Przesłaniem tego utworu jest zachęta do poukładania sobie priorytetów w odpowiednim porządku. I to również jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Łączy w sobie wiele różnych elementów.
Sebastian: Pamiętasz największą głupotę jaką usłyszałeś na temat Dillinger Escape Plan, albo przeczytałeś w gazecie lub w Internecie?
Greg: Słyszałem dużo rzeczy na nasz temat, większość z nich to tzw. pół-prawdy. Coś się dzieje, plotka zaczyna krążyć i gdy informacja do nas wraca mówię sobie - zaraz chwileczkę, to jest niby prawda, ale nie do końca prawda. Ludzie pytali nas często czy używamy kości do ustalania metrum utworów, np. rzucamy kostką i decydujemy, że gramy utwór na 3/4. To niesamowite, pamiętam, że kiedyś bardzo dawno temu raz sobie zażartowaliśmy w ten sposób, nie wiem nawet czy rzeczywiście tak zrobiliśmy, ale ktoś musiał wtedy przy nas być, może nie zrozumiał, że żartujemy, rozpaplał to i przez następne kilka lat ludzie podchodzili do nas z pytaniem - słyszałem, że rzucacie kostką do gry, aby ustalić metrum swoich utworów? Kto wie, może powinniśmy, brzmi to ciekawie. Jest wiele takich przypadków, gdy ktoś zostanie zraniony na koncercie, za chwilę pojawia się informacja znikąd, że ktoś z nas zmarł, wszystko jest potęgowane dziesięciokrotnie. Mam do tego zdrowe podejście, nie walczę z tym, nie dementuję wszystkich plotek. Słyszę rzeczy o moim życiu osobistym, o zespole, o tym, że ktoś od nas odchodzi, albo, że kogoś przyjmujemy do składu. W lato pojawiła się plotka, że umarłem. Ludzie dzwonili do mnie z zapytaniem, czy żyję. Tak to już jest.
Sebastian: Rozmawiałem z Chrisem Pennie i powiedział mi, że najbardziej dziwaczną rzeczą jaką widział na koncercie byłeś ty srający na scenie.
Greg: A tak, to zabawne. To chyba jeden z najbardziej zwariowanych momentów w moim życiu. Ledwo co to pamiętam, ponieważ to stało się w 2002 roku. Kiedy rozmawiałeś z Chrisem?
Sebastian: Latem, przyjechał z Coheed and Cambria na koncert do Polski.
Greg: To była grubsza sprawa, o mało co, a mielibyśmy bana na koncerty w Anglii. Były rozmowy aby nas wykopać z wysp za brak poczucia przyzwoitości i byłoby nam ciężko zabukować tam koncert. Niektórzy ludzie chcieli nas pozwać do sądu, bo po tym incydencie przeszła im ochota na udział w festiwalu i poczuli się niedobrze. Chcieli zwrotu za swój festiwalowy karnet. Nie miałem pojęcia, że zrobi się z tego taka afera. Pojawił się artykuł w poważnej gazecie angielskiej, pisali jak bardzo nieprzyzwoicie się zachowałem i że jest to znak upadku moralności młodzieży. Na tym incydencie starali się pokazać jak obrzydliwa jest kultura młodych ludzi. Istne szaleństwo.
Sebastian: Widziałem na YouTube twój crowd walking w Virgin Megastore. Czy ty masz równo pod sufitem?
Greg: To kolejna rzecz, za którą chciałbym podziękować YouTube, bo nie pamiętam w ogóle tego zdarzenia. Nie myślałem o tym, zapewne zdarzyło się to na wielu koncertach Dillingera. To mój stage diving, nie zdawałem sobie sprawy, że to tak wygląda. Ktoś nakręcił tą komórką, potem zobaczyłem to na YouTube i rzeczywiście jest to wyczyn ekstremalny. Ten krótki klip ma więcej odsłon niż jakikolwiek teledysk Dillingera na YouTube, na które wydaliśmy mnóstwo kasy. To zrobił po prostu koleś z telefonem. W każdej minucie, sekundzie twojego występu musi być moc, bo nie wiadomo jaki urywek trafi do Internetu. Od tamtej pory nie było dwóch dni z rzędu, żeby ktoś mnie nie zapytał o ten filmik.
Sebastian: Ponad milion odwiedzin.
Greg: Tak, czy to w wywiadzie, czy w rozmowie z fanami, wszyscy o to pytają. Podszedł do mnie człowiek, który zdradził, iż właśnie przez ten filmik dowiedział się o naszym zespole i stał się fanem. Kumpel podesłał mu linka z komentarzem - zobacz tych wariatów. Za to wszystko dziękujemy YouTube.
Sebastian: Ktoś napisał w Internecie, że Greg może zrobić co zechce z publicznością, może uderzyć kogo chce pięścią w twarz, ale nikt nie może mu się zrewanżować, bo w takim przypadku wstawi mu do tyłka cały sprzęt zespołu i zagra z Dillingerem w środku.
Greg: Dzieciaki są bardziej surowi wobec siebie, niż my wobec nich. Czasem patrzę na moshujący tłum pod sceną i mówię sobie - Chryste, to po prostu szaleństwo. Na scenie jest brutalnie, ale mam na pewno najwięcej obrażeń ze wszystkich. Mam sztuczne zęby, blizny z tyłu głowy, połamane kości, raz spadłem z dużej wysokości i połamałem ręce. Wyrządziłem sobie więcej szkód, niż komukolwiek innemu.
Sebastian: Wasze show sprzyja powstawaniu siniaków. Macie już jakieś blizny, złamane kończyny na obecnej trasie "Option Paralysis"?
Greg: Nie na europejskiej części trasy i mam nadzieję, że nic złego się nie stanie. Nie mogę sobie na to pozwolić. Bardzo łatwo doznać obrażeń na koncercie, często rozcinam łuk brwiowy, co jest przerażające. Nie wiem czy widzisz blizny na skórze w okolicach mojego oka, brew mojego lewego oka dziwnie wygląda. Zawsze dostaję w oko gitarą Bena. Zastanawiam się zatem, co będzie gdy jego gryf rzeczywiście trafi w moją gałkę oczną i stracę oko, straciłem już kilka zębów. Trzymam kciuki, żeby poważne obrażenia trzymały się ode mnie z daleka. Każdego dnia, na każdym koncercie przychodzi taki moment kiedy czuję podmuch powietrza na mojej twarzy przez gitarę Bena, czy inną rzecz i mówię sobie - blisko było. To są ostre rzeczy, zrobione z drewna, nie wygram z nimi.
Sebastian: Ale nie czujesz bólu na scenie, prawda?
Greg: Tak, nigdy go nie czuję. Nie zdaję sobie sprawy jak poważnym obrażeniom uległem. Widzę, że krwawię, ale gram dalej, a jak schodzę ze sceny, ludzie patrzą na mnie i mówią - o mój Boże, powinieneś iść do szpitala. A ja na to - naprawdę? Potem patrzę w lustro i rzeczywiście wygląda to tak źle, że nie mogę nawet na siebie patrzeć. Nauczyłem się, że super glue może wygoić większość ran, powiedziałbym, że 90% moich rozcięć wyleczył super glue i uratował mnie przed pójściem do szpitala. W Ameryce gdy idziesz do szpitala, przetrzymują cię tam do 15 godzin, więc musielibyśmy odwoływać koncerty, na co nie możemy sobie pozwolić.
Sebastian: Jak doszło do współpracy twojej i Maxa Cavalery. "Rise of the fallen" to tak w zasadzie mój ulubiony utwór z najnowszej płyty Soulfly'a "Omen". Jest bardzo dobry.
Greg: Max Cavalera pewnie byłby zły na mnie, że tak o nim mówię, ale to najsłodszy, najmilszy facet na świecie. Chciałby być brutalem, bo to Max, ale tak naprawdę jest aniołem. Kiedy byłem dzieciakiem szalałem za Sepulturą, "Arise" i "Chaos AD" to płyty mojego dzieciństwa. Maxa poznałem na amerykańskiej trasie Dillingera z Cavalera Conspiracy. Spotkaliśmy się później na koncercie Deftones w Los Angeles. On przyszedł jako gość wykonać z nimi na scenie utwór, ja tak samo, porozmawialiśmy sobie na backstage'u. Powiedział, że nagrywa obecnie płytę Soulfly'a w LA i że powinienem wpaść do studia zrobić z nim numer. Myślałem, że żartuje, odparłem, że nie mam czasu, jestem zajęty, w tamtym czasie zapraszali mnie do współpracy różni ludzie, których cenię i szanuję, jak Trent Reznor, czy Deftones właśnie. Nie wiedziałem czy to się dzieje naprawdę, czy rzeczywiście będę śpiewał na płycie z Maxem Cavalerą? Następnego dnia, to była niedziela, zadzwonił do mnie i ponowił swoją propozycję. Stwierdziłem, ok., wpadnę do niego do studia, pokaże mi gotowy tekst, zaśpiewam swoją linijkę. Okazało się, że miał numer w wersji instrumentalnej, bez wokali i tekstu. Spytałem - gdzie jest tekst? A on na to - musimy go napisać, dzisiaj. Myślałem, że oszalał, ale był bardzo konkretny, wyjął notatnik i wzięliśmy się do roboty. Zaczęliśmy pisać tekst, dobierać słowa, byliśmy mocno nakręceni, wypiliśmy chyba z 10 filiżanek kawy. Siedziałem naprzeciwko Maxa Cavalery i pisałem z nim piosenkę, to było szalone, mówiłem mu, że coś mi się nie podoba, on też przedstawiał swoje racje, współpracowaliśmy. Gdybym dowiedział się o tym mając 10 lat, to bym pewnie zemdlał. Kawałek wyszedł bardzo dobrze, niesamowicie dziwaczne było dla mnie to, że tydzień później dowiedziałem się, iż robią do tego właśnie utworu teledysk i będzie to singiel promujący płytę. Trudno mi było uwierzyć w to, co się dzieje. Ostatnio zaśpiewałem "Rise of the fallen" z Maxem na koncercie Soulfly w Phoenix. On i jego żona to bardzo mili ludzie. To była niesamowita przygoda i wyszła z tego fajna piosenka. Cieszę się, że powstała.
Sebastian: Wiem, że Max Cavalera nienawidzi większości metalcorowych zespołów jak Killswitch Engage itd. Czy ty masz swoją listę zespołów, z którymi nigdy byś nie zagrał?
Greg: Tak, jest wiele takich zespołów, nie chcę tutaj sypać nazwami. Nie ma w życiu neutralnych wyborów, każda decyzja jest w skutkach albo pozytywna, albo negatywna, kieruje cię na tę, czy inną drogę. Zawsze gdzieś cię zabiera. Jeżeli współpracujesz z ludźmi, powinni to być ludzie, którzy prezentują podobną postawę jak ty. Nie dbam tak o twoją muzykę, jak o twoje nastawienie. Jeżeli kierują tobą słuszne motywy przy robieniu muzyki, chcesz by była ona ekscytująca, to nie ważne czy grasz r'n'b, metal, thrash, czy hip-hop. Nie jest istotne czy jest to zespół popularny, czy nie. Nie lubię najeżdżać na innych, nie będę podawał nazw, ale szczerze powiem, że większość moich rówieśników, to ludzie, z którymi nie chciałbym pracować. I tutaj pojawia się pewne niebezpieczeństwo, bo na tej scenie przyjaźnisz się z ludźmi, których zespoły uważasz za nic nie warte. Zdarzyło się nie raz, że zespół, który uznaję za totalną kichę tworzyli ludzie, z którymi dogadywałem się wyśmienicie. I ciężko jest wtedy nienawidzić takiego zespołu, bo jesteśmy już przyjaciółmi, ale nadal nie nagrałbym z nimi żadnego utworu, nie chcę być niemiły, ale ważniejsze jest dla mnie, aby dokonywać mądrych wyborów. Wzorem dla mnie jest Mike Patton, który zrobił mnóstwo projektów, współpracował z wieloma muzykami, ale pewnie prawie każda decyzja jaką podjął była słuszna. Nigdy nie chciał śpiewać na płycie Papa Roach.
Sebastian: Limp Bizkit gra dzisiaj w Warszawie.
Greg: Mówisz poważnie? Niesamowite. OK., mogę to powiedzieć, że nigdy nie zagrałbym z Limp Bizkit i to jest do dupy, bo Wes Borland to naprawdę fajny gość.
Sebastian: Odwiedzacie Polskę dosyć często.
Greg: Tak, kochamy tu przyjeżdżać. Polska to dla nas kraj taki jak Rosja, kraj, w którym za długo zwlekaliśmy z organizacją koncertów. W Stanach Zjednoczonych wszystko co jest związane ze Związkie Radzieckim to temat tabu. Początkowo zakładaliśmy, że po prostu nikt nas tu nie słucha, dlatego tak długo trwało zanim pojawiliśmy się i w Rosji i w Polsce. Ale każdy koncert w Polsce był znakomity, zachwyceni jesteśmy publicznością, nawet gdy graliśmy przed Slipknotem, dzieciaki mocno się nami ekscytują. Super występ z Meshuggah, koncert z Testamentem nas najbardziej rozwalił, nie wiedzieliśmy, że mamy tutaj tylu fanów. Teraz są takie narzędzia jak Facebook i Twitter, gdzie możesz sprawdzić skąd są twoi fani i jak pokazują statystyki wiele osób z Polski interesuje się nami. Moja rodzina ze strony ojca pochodziła z Polski i rejonów, które teraz chyba są częścią Białorusi. To niesamowite mieć świadomość, że 150 lat temu moi przodkowie zamieszkiwali te tereny.
Sebastian: "Farewell Mona Lisa" i "Black Bubblegum" dotarły na szczyt naszej niezależnej Active Rock Listy. Gościliśmy na niej również "Chinese Whispers" obecnie wspina się utwór "Black bubblegum". Co chciałbyś powiedzieć osobom, które oddają głosy, wspierają wasz zespół tutaj w Polsce?
Greg: Jesteśmy bardzo wdzięczni, że ludzie tutaj dbają o nas, Polacy od samego początku, od pierwszego koncertu niesamowicie nas wspierali. Czujemy się tutaj jak w domu. Trasa, na której obecnie się znajdujemy obejmuje 40 koncertów. I z tych 40 koncertów Polska jest w pierwszej piątce najbardziej wyczekiwanych przeze mnie gigów. Zatem dzięki wielkie, bez względu na to, czy jesteś nowym, czy starym fanem, dzięki za zainteresowanie, wiele to dla nas znaczy, będziemy tu wracać tak często, jak będziecie tego chcieli.
rozmawiał i tłumaczył rozmowę: Sebastian Grabowski |