JUROJIN

Facebook
Wywiad telefoniczny przeprowadzony w czerwcu 2010 roku z gitarzystą Jurojin - Niciem Rizzi.
Sebastian Grabowski: Napisaliście na swojej oficjalnej stronie, że każdy muzyk tworzący Jurojin posiada inne muzyczne korzenie, jak doszło w takim razie do zawiązania waszej grupy?
Nic Rizzi: To był długi i stopniowy proces. Zespół założyłem ja z Jamesem, wokalistą. Zaczęliśmy pisać wspólnie piosenki, poznawaliśmy innych muzyków poprzez wspólnych znajomych. Wiesz, zawsze nosiłem się z pomysłem założenia kapeli z ludźmi o bardzo różnych gustach muzycznych, i również różniących się personalnie. Jestem bardzo aktywny w Londynie, chodzę na wiele koncertów i poznaję ludzi. Nasz basista trafił do składu dzięki rekomendacji mojego kumpla, perkusisty. Około rok czasu zajęło mi przekonywanie go, aby dołączył do składu. Mamy w składzie również Simrana, który gra na tabli. Studiowałem muzykę w Stanach Zjednoczonych i zawsze chciałem użyć tego instrumentu w rockowym składzie, eksperymentować z rytmem i melodią. Tak jak mówiłem, był to stopniowy proces, cieszymy się, że się odnaleźliśmy, jest między nami coraz większa chemia. Żyjemy w bardzo przyjaznej relacji.
Sebastian: Zastanawiałem się w jaki sposób dochodzicie do porozumienia, skoro macie tak różne podejścia do muzyki?
Nic: To przychodzi naturalnie. Moja gra wywodzi się z muzyki metalowej, oczywiście tworzę też rzeczy o wiele cięższe niż to, co robimy w Jurojin, ale nie przeciskam ich na siłę w zespole. To musi być taka kombinacja, aby każdy z nas czuł się w niej swobodnie, tak tworzymy nasze brzmienie. Znamy się już bardzo dobrze i znaleźliśmy wspólny język. Yves przykładowo jest jazzowym basistą i pisze swoje partie w oparciu o struktury tej muzyki, ale nigdy nie napisałby czegoś stricte jazzowego dla Jurojin. Pisanie utworów to interesujące doświadczenie i świetna zabawa, bo każdy patrzy na to samo z zupełnie innej strony, ale nie mamy z tego powodów żadnych starć, ani problemów.
Sebastian: Widziałem, że supportowaliście już Sevendusta w Anglii. To tak w zasadzie jeden z moich ulubionych zespołów. Czy według ciebie to w porządku kolesie, czy dystansujące się gwiazdy rocka?
Nic: To bardzo w porządku kolesie, bardzo mili, bez gwiazdorzenia. Wzięli nas pod swoje skrzydło, wspólnie imprezowaliśmy. Złego słowa o nich powiedzieć nie mogę. To bardzo popularny zespół w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie, a byli dla nas jak kumple z podwórka. Sevendust to świetni muzycy, świetny zespół koncertowy, mieliśmy szczęście, że mogliśmy z nimi koncertować.
Sebastian: Producentem waszego debiutu jest Drew Mazurek, producent takich zespołów jak Linkin Park, Nothingface, Dog Fashion Disco. Jak to było pracować z kimś takim nad waszym pierwszym albumem?
Nic: Było wspaniale, Drew to bardzo miły gość, świetny producent z doskonałym uchem. Gdy mówiliśmy mu, że chcemy brzmieć w ten, czy w inny sposób, nie polegał wyłącznie na naszej opinii, tylko pokazywał nam inne rozwiązania i wiele z nich okazywały się dla nas lepsze. Drew pracuje z gwiazdami dużego formatu, jest bardzo znanym producentem, ale równocześnie jest niesamowicie skromnym człowiekiem. Kiedy pracuje z tobą, wkłada w tą pracę swoje serce. Powiedział nam w fazie miksów, że nie przestanie pracować nad nimi dopóki wszyscy w zespole nie będą w 100% usatysfakcjonowani rezultatem. Kiedy wysłaliśmy mu swoje taśmy, byliśmy zupełnie nieznanym zespołem, więc to niesamowite, że zgodził się z nami współpracować i był tak zaangażowany w to, co robimy. Nadal jestem z nim w kontakcie i gwarantuję ci, że będziemy ponownie z nim pracować w przyszłości.
Sebastian: Wasz debiutancki album "The living measure of time" to tak naprawdę mini-album z zaledwie siedmioma kompozycjami. Kiedy widzę coś takiego, zastanawiam się, czy nie było tak, że producent nie był tani i po prostu nie starczyło pieniędzy.
Nic: Częściowo masz rację (śmiech). Szczerze przyznaję, że nagrywanie płyty nie było wcale tanie. Jak zapewne wiesz, sami wydaliśmy ten album, po prostu mamy dobry deal z dystrybutorem, ale wszystkie pieniądze, które idą na ten zespół pochodzą bezpośrednio od naszej piątki. Podzieliliśmy się kosztami, nie ma żadnych zewnętrznych dofinansowań. Sposób w jaki nagrywaliśmy płytę był następujący: pracowaliśmy przez 3 miesiące, odkładaliśmy pieniądze i wchodziliśmy do studia, żeby nagrać jeden utwór, potem znowu do pracy na 6 miesięcy i nagranie kolejnych dwóch numerów. To trwało długo. To szalony sposób na nagranie płyty, niestety nie mieliśmy innej opcji. W końcu zakiełkowała w naszych głowach myśl, aby wydać mini-album, bo chcieliśmy jak najszybciej mieć płytę na rynku. Początkowo myśleliśmy, że wydamy EP, potem wpadliśmy na pomysł, że dogramy jeszcze dwa utwory i wydamy to jako mini-album. Tak naprawdę to traktujemy to jako normalny album, trwa on przecież 33 minuty. Jest na nim tylko siedem utworów dlatego, że po pierwsze mieliśmy mocno ograniczony budżet, a po drugie chcieliśmy jak najszybciej coś wydać, aby ludzie zaczęli rozpoznawać nazwę Jurojin, posłuchać naszych kawałków i polecać naszą muzykę znajomym. Czeka nas mnóstwo pracy, dużo koncertowania i promowania się zanim ludzie naprawdę nas poznają. Najważniejsze, aby mieć co promować, i dlatego właśnie tak nam zależało, aby mieć już płytę na rynku. Zamierzamy wypromować tym mini-albumem naszą kolejną długo grającą płytę. To lepsze rozwiązanie niż gdybyśmy mieli poświęcić wszystko co mamy na wydanie płyty, której nie będzie towarzyszyć żaden szum medialny.
Sebastian: Z tego co wiem wasze koncerty nie są tradycyjnymi występami z muzyką do machania łbem, widziałem was na youtube z wiolonczelistką Ann Phoebe, na co ludzie mają się szykować idąc na wasz koncert?
Nic: Gramy dwa zupełnie różne typy koncertów. Gramy sporo elektrycznych, ciężkich koncertów całym składem i gramy również akustyczne sety. Podczas ciężkich setów spodziewajcie się utworów z naszego mini-albumu, na żywo można odczuć naszą dynamikę, połamane rytmy i zobaczyć jak łączymy to z brzmieniem tabli i generalnie brzmieniami etnicznymi. Anna Phoebe gra z nami również podczas tych cięższych koncertów. Akustycznie gramy w znacznie mniejszych, wręcz intymnych miejscach, w barach, klubach jazzowych. Gramy więcej utworów, których nie ma na naszym albumie. Oczywiście mamy nadzieję, że kiedyś je wydamy, najważniejsze, że ludzie mogą nas zobaczyć również w innym świetle.
Sebastian: Nick, jesteś synem Marokańczyka i Włoszki, zgadza się?
Nic: Tak.
Sebastian: Czy to wpłynęło na twoje zainteresowanie różnymi kulturami i muzyką świata?
Nic: Tak, myślę, że podświadomie na pewno tak się stało. Moi rodzice nigdy nie wymagali, abym słuchał określonej muzyki i gdy dorastałem, w domu docierały do mnie bardzo różne dźwięki. Dużo hiszpańskiej muzyki, moja mama słuchała również sporo muzyki arabskiej. Ta muzyka jest oparta w dużej mierze na rytmie i sam zwracam często uwagę na rytm. Mój styl grania na gitarze bazuje na rytmie, nie używam za dużo shreddingu, skupiam uwagę na melodii i rytmie. Jako młodzieniec słuchałem wyłącznie metalu, dopiero w wieku 15, czy 16 lat otworzyłem się na inne gatunki i odkrywałem na nowo muzykę, której słuchali moi rodzice. Zacząłem akceptować każdą muzykę i otworzyłem się na wszystko, co docierało do moich uszu. Od jazzu, po muzykę arabską i ambient. Pop, rock, Indie - wszystko. Jeżeli coś jest dobre, to jest dobre.
Sebastian: Dzięki Nick za wywiad, życzę wam wszystkiego najlepszego z debiutancką płytą i mam nadzieję zobaczyć was na koncercie w Polsce.
Nic: Dzięki, myślimy, aby przyjechać do was w sierpniu, zobaczymy czy dojdzie to do skutku i również mam nadzieję, że spotkamy się na koncercie.


rozmawiał i tłumaczył rozmowę: Sebastian Grabowski