MEMENTO
|
Memento jest definitywnie jednym z najbardziej zniewalających, nowych zespołów roku 2003, ich płyta ma płynące z głębi serca teksty pokryte rozważną muzyką, która jeśli byłaby silnie promowana w radiu, rozwaliłaby bieżące, nieciekawe alternatywne listy. Grupa Memento składa się z ludzi, którzy dorastali w różnych środowiskach muzycznych - od klasycznego fortepianu do jazzu, cały czas się jednak rozwijali i na ich płycie słychać to zróżnicowanie. Po jednym przesłuchaniu nie możecie jej sprawiedliwie ocenić, ona rośnie na was jak grzyb. Teraz prosto z Ozzfestu, portal Music Frisk daje wam wywiadzik z, Panie i Panowie, zespołem Memento...
MF: Wasz aktualny singiel na liście Active Rock (chodzi im o tą amerykańską, ale na naszej też jest - przyp.ja) "Nothing Sacred", został napisany o kimś konkretnym, czy o różnych doświadczeniach?
Justin Stewart Cotta: Szczerze mówiąc, "Nothing Sacred" jest bardziej o patrzeniu w lustro i wskazywaniu na siebie palcem. O braniu odpowiedzialności za rzeczy, które nie do końca są w tobie święte. Przechodzisz przez pewien wiek, nieważne czy masz 12 lat, czy 20, i odczuwasz na sobie wiele wskazań palcem. Wiele razy zadajesz sobie pytanie, dlaczego ja? Jak mogliście mi to zrobić? Dlaczego to wszystko mi się stało? Któregoś dnia budzisz się i zdajesz sobie sprawę z tego, że przyjmowałeś tak wiele póz podczas tego wszystkiego. Potencjalnie jest coś w tobie, co nie jest święte i, być może, chcesz to rozpracować, nim zaczną cię wytykać, myślę, że to było podstawą tego utworu. To wiąże się z tytułem, tekstem "kolory mych ugryzień, tak, przypominają mi o tobie". To zwiastun z pierwszej zwrotki pierwszej fazy, gdy obwiniamy za coś ludzi, nieważne czy są to rany fizyczne, czy emocjonalne, które ciągle przypominają ci o określonej indywidualności konkretnych ludzi. Koniec tego utworu mówi o tym, by spojrzeć na siebie przychylnie i dojść do siebie...
MF: Ma on niezłe powodzenie na antenie Active Rock U.S., wiecie jaki będzie następny singiel?
Justin: Mam przeczucie, że będzie to "Saviour", gdyż każdy jest zadowolony z tego utworu. Bardzo chcielibyśmy, by był to "Beginnings" gdybyśmy mieli przywilej na trzecie wydawnictwo - to byłby niesamowity scenariusz, jesteśmy bardzo zapaleni co do tego kawałka. Ale jest także jeden przed nim i pewnie będzie to "Saviour", wyjdzie pewnie w tym roku... (Od redaktora: Później potwierdziłem, że "Saviour" rzeczywiście będzie następnym singlem i ukaże się we wrześniu, nawet jeśli fani Memento na ich forum orzekli, że powinien nim być "Stare".) [jak dla mnie następny mógłby być "Abyss" - przyp. m.]
MF: Pytam ponieważ "Nothing Sacred" ostatnio jakoś straciło swoją moc...
Justin: Mieliśmy dobry start jako początkujący zespół z, nie tak bardzo, komercyjnym kawałkiem. Wytwórnia chciała żebyśmy najpierw wyskoczyli z "Saviour", albo "Abyss". (ha ha ha - przyp. m.) My byliśmy jednak nieugięci co do tego, i tego jak chcieliśmy się tym kawałkiem ulokować, myślimy, że bardzo ważne jest by pierwszy singiel jakoś cię identyfikował, zatem bardzo chcieliśmy na początek wydać "Nothing Sacred". Dlatego też jest on pierwszy na płycie, to nasz pierwszy krok.
MF: Wspomniałeś o "Beginnings" musieliście włożyć wiele wysiłku, żeby zagrać to z gitarką akustyczną, tak jak dziś na Ozzfeście...
Justin: Nie wiedzieliśmy jak to rozwiązać do pierwszego dnia Ozzfestu! Siedzieliśmy i gadaliśmy o tym 20 minut przed koncertem: "ten utwór jest jak nasz korzeń", powinniśmy go zagrać. Zdecydowaliśmy się na szczerość i zagraliśmy jeszcze cztery najlepsze kawałki, które nas określają. Wyszło nieźle i publiczność zareagowała na to zadziwiająco dobrze. Cieszę się, że podjęliśmy właśnie taką decyzję.
MF: Ostatnio powiedziałeś "Ta płyta (debiut Memento "Beginnings") wyzwała Boga, by przemówił do tego szamba, którym stała się planeta Ziemia."
Justin: Wow! Musiałem być wtedy w bardzo dobrym humorze... (śmiech)
MF: Proszę, rozszerz tą, bardzo ciekawą, myśl...
Justin: Tak, no dobra, to klasyczny, okrężno-religijny argument, który przychodzi do głowy, gdy świtem patrzysz w gwiazdy z przyjaciółmi, jakby on... albo ona... tam był, no wiesz, to wolna teza, zrozumiałem to gdy dorastałem w katolickiej szkole. Zrozumiałem o co chodzi z wolną wolą, ale w końcu musisz odciąć się od porażek i zacząć się kontrolować. Zastanawiam się tylko jak jeszcze to wszystko może się pogorszyć zanim uderzysz (przerywa), jeśli to wszystko jest prawdą, nie zrozum mnie źle, nie chcę opowiedzieć się po stronie żadnej konkretnej religii, ale dorastałem w katolickiej szkole, więc pewne sprawy zostały mi wpojone, metafory, historie i legendy. Wszystkie one są w podświadomości. Zastanawiam się tylko, w którym momencie naciśniesz przycisk 'eject'. To jak plan A tylko niedopracowany, przejdźmy więc do planu B, który może trochę to naprawi. W końcu zorientujesz się, że są nas tu miliardy i potrzeba sporej grupy ludzi, żeby wszystko się udało. Teraz to jest rozłamane; ciężko jest zebrać grupę ludzi, by zrobić cokolwiek. Wystarczająco ciężko jest założyć zespół, zgadzać się ze sobą i, sam wiesz, wydać płytę - pozwólmy samotnemu światu zjednoczyć się! Wiem, że głupio jest mieć taką nadzieję, ale ten komentarz naprawdę pochodzi z pełnej nadziei perspektywy. Musi być coś takiego, musi być jakieś wyjście z tego wyścigu szczurów. Nie mówię szczególnie o wojnie i okrucieństwie, tylko o dniu za dniem, kiedy ludzie chodzą do pracy i nie do końca żyją. To dość przygnębiające, ale nie musi być tak dramatycznie. Dziwny jest ten świat. Nie jestem pierwszym i ostatnim, który zastanawia się czemu nie jest on trochę lepszy - bardziej jak z "Ulicy Sezamkowej". Wiesz o co mi chodzi? Chodzi mi o to, że tym jesteśmy karmieni jako dzieci, oglądasz kreskówki i filmy ze szczęśliwym zakończeniem. Szczęśliwe zakończenie za szczęśliwym zakończeniem za szczęśliwym zakończeniem, po czym wchodzisz w prawdziwy świat i nie jesteś przygotowany na to, że to rzadkość, a nie norma. Ale jeśli jesteś nastolatkiem, to wszystko co widzisz w telewizji, albo wszystko co możesz oglądać dzięki cenzurze - jest piękne, wspaniałe, wszystko jest Disney'owskie. Nie jesteś przygotowany na rzeź, czy cokolwiek to jest, no wiesz, relacje z pracy, relacje z wojny, topnienie biegunów i tego typu rzeczy. To jakby wali cię prosto w twarz gdy budzisz się z tym w szkole średniej; jakbyś sobie mówił "Ok, w takim razie wszystko co słyszałem jest nieprawdą..."
MF: Gdy dorastałeś grałeś na fortepianie, a Steve szkolił się jako perkusista jazzowy - to nie jest typowe dla muzyków hard rockowych - myślisz, że dzięki temu jesteś lepszy, inny or whatever...
Justin: Lepszy to niebezpieczne słowo, ale inny to dobre określenie. Gra Steve'a pociągnęła mnie odkąd pierwszy raz jammowaliśmy z VAST ("Visual Audio Sensory Theater"), gdy przyszedłem na przesłuchanie do VAST z Australii. Jeden z głównych powodów, dla których koniecznie chciałem dołączyć do zespołu, był taki, że od razu złapaliśmy dobry kontakt, to przesłuchanie miało trwać 20 minut, a zrobiły się z tego 3 godziny! Po tym jak zagraliśmy kawałki VAST, zaczęliśmy jammować, ja i Steve. Wpływy jazzu w jego grze i to jak wmieszał je w rock kompletnie mnie rozwaliły. To jest bardzo smakowite, nie są one pocięte i gdzieś tam wrzucone, to bardziej kwestia uczucia, on ma wyczucie utworu i podczas tego jamu zobaczyłem kolesia, z którym mógłbym grać przez długi czas. Jego jazzowe zaplecze jest świetne, wprowadza trochę klasyki w moje życie, mamy tu niezły crossover. I nie chodzi o to, że nasza płyta jest progresywna, może tylko "Figure 8" podchodzi gdzieś pod rock progresywny. Ja bardzo interesowałem się muzyką, tak jak Steve. On włożył w to co zrobiliśmy fajne smaczki, żeby było to ciekawe. Wspaniale jest grać z utalentowanymi chłopakami. Space, gitarzysta, inspiruje się Hendrix'em, a także słuchał Tubular Bells, ze ścieżki do "Egzorcysty", gdy był dzieciakiem i bardzo go to poruszyło. Zatem Space nie inspirował się klasycznym rzeczami, ale Hendrix, który spotyka "Egzorcystę" i tego szalonego koleżkę, dla mnie równa się bardzo dobrej gitarce. Jest jeszcze Lats, który właściwie jest odpowiedzialny za większą część "Figure 8", która jest jego dzieckiem. To po prostu grupka chłopaków, którzy się zeszli, inspirowali się różnymi rzeczami i dobrze ze sobą współpracują...
MF: Wspomniałeś o Space'sie i Lats'ie, ty byłeś wtedy tu (w USA), a oni wciąż w Australii, skąd o nich wiedziałeś?
Justin: Space i ja jammowaliśmy i graliśmy w różnych zespołach od roku 1994. Byliśmy wtedy w grupie Tower w Australii. Trwało to jakieś trzy lata - mieliśmy bardzo dobre poparcie w podziemiu, pożyczone pieniądze, zadłużyliśmy się, żeby własnym sumptem nagrać płytkę, nie mogliśmy znaleźć wydawcy, ale to nam nie przeszkadzało, robiliśmy co do nas należało i w momencie, kiedy nie mieliśmy już pieniędzy, byliśmy wycieńczeni po graniu 250 koncertów w roku z absolutnym brakiem miłości, nawet niekoniecznie ze strony wytwórni, próbowaliśmy się wybić w innych stanach Australii, ale nie mogliśmy. Wtedy zrobiliśmy sobie przerwę, parę razy zebraliśmy się i nagraliśmy więcej, po czym usłyszałem o przesłuchaniach VAST. Generalnie wciąż byłem w kontakcie ze Space'm przez cały ten czas. Nie byłem pewien co się stanie, ponieważ podczas tego przesłuchania część mnie myślała, że mógłbym zostać w Vast gdyby współpraca między nami dobrze się układała. Nie miałem pojęcia, że może stać się to co się stało. Jon jest bardzo efektywnym songwriterem i aranżerem i naprawdę nie potrzebuje wsparcia. Ja zawsze byłem w klasycznych zespołach, gdzie ludzie jammowali, miło spędzali czas i rozmawiali jako grupa i wszystko robili jako grupa. Mimo to zadzwoniłem do Steve'a i Space'a i zdecydowałem się odejść, powiedziałem Steve'owi, że znam pewnego gitarzystę. On odpowiedział, "Stary, przed tobą długa droga." Gitarzyści są na każdym rogu w LA, gdzie mieszkał i powiedział, że może mi kogoś znaleźć. Powiedziałem, "Nie, stary zaufaj mi, mam już gitarzystę, jest dobrze." A Space jammował z Lats'em za czasów Tower i stali się dobrymi przyjaciółmi. Widziałem, że Lats grał w jego zespole, chodził na koncerty Tower, miał płytę i podpisaliśmy ją dla niego. Wszyscy zatem się znaliśmy. Wszystko wyszło idealnie. Zawiązało się między nami braterstwo zanim jeszcze zaczęliśmy razem robić wiele rzeczy.
MF: Jak wyglądało nagrywanie tej płyty? Bycie nowym zespołem, często kończy się inaczej niż spodziewają się jego członkowie...
Justin: Dużo jammowaliśmy. Początki wymyślania "Nothing Sacred" były jeszcze w busie VAST podczas trasy. Powiedzieliśmy wszystkim, że byliśmy wolni, ale zostało nam jeszcze osiem tygodni trasy. Oczywiście jeśli wiesz, że chcesz coś zrobić, ekscytujesz się tym jak, "Stary, mam tu swoje osiem ścieżek, zróbmy coś z tym." Jon zapalił się i zaczął wytwarzać presję, ale jest to lepsze niż siedzenie i nic nie robienie. Wyrzućmy to z siebie, zacznijmy jammować i pisać. "Nothing Sacred" i "Abyss" wtedy właśnie powstały. Więcej "jammowych" rzeczy wyszło dwa miesiące później, gdy chłopcy przyjechali. "Figure 8" to już klasyk, nikt nie wiedział co stanie się na próbie, byliśmy znudzeni ćwiczeniem setu. Mieliśmy kilka utworów, które napisaliśmy i, z których bardzo się cieszyliśmy na zasadzie - po prostu to zagrajmy, wyłączmy światła, włączmy tylko lampkę, słabo oświetlmy pokój, jammujmy i zobaczmy co się stanie. Jakieś cztery godziny później mieliśmy 20. minutowy utwór, który nagraliśmy, trochę go skróciliśmy do 12 minut, ale nie chcieliśmy go jeszcze bardziej skracać, ponieważ w tej wersji jest kompletny i wycięcie z niego jeszcze jakiejś części byłoby niemalże cenzurą. Dużo jammowaliśmy... Space poświęcił wiele czasu na zamyślanie nad muzyką, ja dołożyłem do tego teksty i melodie, a sekcja rytmiczna, bas i bębny, powstały podczas jammowania. Czasem miałem pomysł na gitarkę akustyczną i jam zaczynał się od niej. Każdy kawałek ma inny katalizator usłyszysz to jeśli przebrniesz przez płytę, jak powiedziałem "Figure 8" to dziecko Lats'a, "Saviour" Space'a, a "Nothing Sacred" i "Beginnings" moje.
MF: Każdy ma swój wkład...
Justin: Tak, dokładnie! Każdy coś od siebie daje. Nie po to, żeby mieć wpływ w sprawach biznesu. Dzielimy się pisaniem, każdy jest taki sam, czy jesteś perkusistą, czy wokalistą, wkład jest taki sam. W U2 mają na to podobne spojrzenie, są razem od szkoły średniej, pamiętam jak czytałem artykuł o Bono i Edge'u, mówili o długowieczności zespołu i powiedzieli, że jednym z kluczowych czynników było to, że wszyscy czuli się równi. Toczyli swoje walki, ale w końcu je przezwyciężyli. Na tym szalonym świecie to muzyka daje ci poczucie, że nic nie stoi ci na przeszkodzie. Najlepiej jest zatem mieć wszystko jasne, wszyscy są szczęśliwi, wszyscy są równi i koniec.
MF: Wracając do "Figure 8" to unikalny utwór ze względu na swoją długość, rozpiętość i zmienność, jedyną świeżą rzeczą, do której mógłbym to porównać byłoby "Konstantine" Something Corporate's. Mówiłeś o tym jak wasza muzyka krytykuje świat i problemy, ale powiedziałeś też o pozytywnych aspektach, jak fragment, "Robiąc przyjaciół z twych demonów", skąd to się wzięło?
Justin: Z tego, że dość już mamy strachu, zdenerwowania i negatywnego spojrzenia na świat. Zamiast zaprzeczać pewnym rzeczom związanym z nami, wiesz, po prostu - jeśli zignoruję to w sobie, to to odejdzie. Odkryłem, że to nie działa, a robiłem tak przez dobrych dziesięć lat. To taki plan. Jeśli plan A nie zadziała, przechodzisz do planu B, rozmawialiśmy o tym, musiałem to po prostu zastosować na sobie. To definitywnie nie działało. Zaprzeczenie jest wygodne przez chwilę, ale kończy się tak, że jest nawet bardziej destrukcyjne, więc zaprzyjaźniłem się ze swoimi problemami i demonami, żeby lepiej je poznać. Jeśli poznasz je dużo lepiej możesz zacząć je unieważniać. Możesz je wykreślić jeśli raz rozpracujesz kod, ale żeby go zdobyć musisz się z nimi zaprzyjaźnić. To część nieskończoności, "Figure 8" zabiera cię z powrotem do tego przygnębiającego miejsca. Ale ta podróż daje ci nadzieję, że dasz sobie radę. Potem musisz udać się do następnego miejsca i pogodzić się z tym. To stały rodzaj jakby przypływu i odpływu. To nie jest zarezerwowane dla mnie, każdy człowiek przez to przechodzi, to po prostu dotarło do mnie niedawno, podczas tworzenia płyty.
MF: Skoro jesteśmy przy planach, macie jakieś dotyczące koncertów po Ozzfeście, na przykład w Kanadzie, Australii albo Europie?
Justin: Myślę, że teraz bardziej skupimy się na Stanach. Przyjechaliśmy tu z jakiegoś powodu, a ten kraj jest wielki. To dom Bluesa, co sprawia, że jest domem Rocka, hard rocka, metalu i całej reszty, która teraz wychodzi. Tu jest stosowna publiczność, dla muzyki którą chcemy grać. Bardziej skupiamy się na tym, żeby zostać tu i grać tak długo jak możemy. Mamy już 112 koncertów wliczając dzisiejszy w ramach Ozzfestu, a pod koniec roku chcielibyśmy mieć ich 250, jeśli oczywiście wytrzymamy fizycznie. Ale jeśli wszystko pójdzie dobrze chcemy mieć te 250 i jeszcze koncertować w przyszłym roku, zrobić sobie przerwę na Boże Narodzenie, a potem to kontynuować. Naprawdę koncentrujemy się na tym co jest tu. To są Stany Zjednoczone, garść krajów w jednym. Są wystarczająco duże. To miejsce, w którym chcemy grać, ważne dla nas, dla zespołów, które stąd pochodzą i dla historii, którą ma ten kraj, nie ma lepszego miejsca do grania. Nie chodzi mi o to, że publiczność jest fajniejsza niż gdziekolwiek indziej. Wszędzie jest fajna publika, ale chodzi mi o populację i ilość ludzi, którzy siedzą w muzyce. Nawet dziś o 9. rano było tu 4.000, czy 5.000 rozproszonych ludzi. To dość rzadkie, musisz się temu poddać i dlatego kochamy przebywanie tu.
MF: Jesteś znany z dość oburzających wybryków na scenie: irokez, wskakiwanie do koszy ze śmieciami i pewnie jest coś jeszcze czym możesz się pochwalić...
Justin: Tak, jest jeszcze parę takich rzeczy... (śmiech)
MF: Skąd wzięła się twoja chęć do integrowania się ze wszystkim co cię otacza? Niektórzy nie mogą robić dwóch rzeczy na raz, ale widziałem jak wchodzisz w ten tłum i nie tracisz z siebie szaleństwa...
Justin: To prawdziwe pragnienie spotkać ludzi, a zawsze jest pewnego rodzaju bariera, dziś nawet większa niż podczas koncertu w klubie, jakieś dziesięć stóp. Mogę wyciągnąć ręce najdalej jak umiem, osoba z publiczności stojąca z przodu może zrobić to samo i wciąż będą między nami jakieś dwie stopy odległości. Pamiętam jak to jest być na koncercie w pierwszym rzędzie, jak dobrze jest mieć kontakt wzrokowy z basistą, gitarzystą, perkusistą, czy wokalistą. To wspaniałe uczucie gdy widzisz jeden ze swoich ulubionych zespołów, albo jakąś nową grupę i masz właśnie taki kontakt. Zawsze czułem to od publiczności, więc kiedy jestem na scenie, dla mnie, to się nie zmieniło. Wciąż czuję się dokładnie tak samo, najfajniejsza część to właśnie nawiązywanie kontaktu z ludźmi. Jeśli nawet robisz najdziwniejsze rzeczy, jak te z koszami na śmieci, to myślę, że powinieneś interesować się ludźmi, oni nie wkurzą się na ciebie dopóki nie powiesz czegoś naprawdę głupiego, nie wierzę, że trzeba się przed czymś powstrzymywać dopóki to co robisz nie dotyka swobody i wolności ludzi, etc, etc. i dopóki kogoś nie ranisz. Lubię poddawać się takim małym impulsom, czasem przychodzą na cztery minuty przed koncertem, czuję, że mam dość bycia łysym facetem, dziś zrobię sobie irokeza i bamm, zrobione! Albo czuję coś takiego do różowej sukienki, co już mi się kiedyś zdarzyło, czy do wojskowych butów z niebieską koszulką XXXL sięgającą do kostek. To sprawia, że jesteś interesujący, jeśli jesteś szczery w stosunku do publiczności, to ona widzi, że wciąż jesteś ciekawy, że pasjonujesz się tym co robisz, nawet jeśli śpiewasz któryś kawałek miliard razy, a to jest twój setny koncert w roku, to dobry sposób, żeby utrzymać kontakt z rzeczywistością, którą są bawiący się ludzie. Niektórzy są tam po to by się uleczyć. Niektórzy tylko słuchają, niektórzy tylko piją, ale większość przychodzi, żeby coś zobaczyć i zdobyć nowe doświadczenie, którego ty musisz być częścią. Więc tak długo jak interesują się tobą, jest idealnie. Nie ćpam, więc nie mam tego luksusu i muszę zwracać na siebie uwagę w inny sposób. Moim nałogiem jest nikotyna. Trzeba mieć także dużo fantazji, czasami masz siebie dość, masz dość słyszenia własnego głosu, sam wiesz, masz dość wielu rzeczy. Czasem próbujesz być, nie kimś innym, ale inną częścią siebie...
MF: Mówiłeś o pierwszym rzędzie i wspomniałeś o ludziach, którzy przychodzą tylko po to by się napić - czasem przychodzą tylko, żeby poskakać i pomachać głową - ty ich nie obchodzisz, nie kupią twojej płyty i koszulki. Spotkałeś się już z tym?
Justin: Cóż, to ma swoje dwie strony. To znaczy to świetnie, że ludzie przychodzą na koncerty z jakiegokolwiek powodu, bo w końcu widzą zespół, a nie grają na Playstation. Chociaż, kocham Playstation, ale też filmy i DVD i tego typu rzeczy, jednak cudownie jest widzieć ludzi na koncertach. Jest wystarczająco dużo opcji, zwłaszcza w Ameryce, jest mnóstwo różnych form rozrywki. Nie muszę przychodzić na rockowy koncert, żeby się nieźle zabawić. Mógłbym pojeździć na gokartach (w pobliżu miejsca naszego spotkania jest tor wyścigowy), albo robić coś innego, jest miliard rzeczy do roboty. To, że ludzie przychodzą jest cudowne. Jest także negatywna strona, próbuję przyjąć to jako wyzwanie, żeby zdobyć ich zainteresowanie. Jeśli nie poświęcają swojej uwagi, biorę kosz na śmieci i wysypuję na siebie jego zawartość, kręcę nim dookoła głowy, w tym samym czasie śpiewam, wytrzeszczam oczy i gapię się prosto w twarz temu, kto nie uważa. Wiele razy, postrzegam to jako pozytyw. Nie wiem dokładnie jak to powiedzieć, żeby ci w pełni odpowiedzieć na pytanie, ale, szczerze mówiąc, cieszę się, że są tacy, którzy oglądają zespoły. To bardzo zdrowe. Nie lubię kiedy ludzie zostają ranni tylko dlatego, że ktoś inny jest osłem. Jeśli ktoś ma jakieś obrażenia dlatego, że oni się ranią nawzajem to, "stary, jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz." Ale jeśli jest młody dzieciak, albo czternastoletnia dziewczyna, która dostaje kopa Martensen w środek twarzy, to wtedy naprawdę się wkurzam. Nie po to tam przyszła. Wiele ludzi przychodzi, żeby pooglądać zespoły i takie zachowanie jest bardzo lekceważące i egoistyczne. Naprawdę nie lubię kiedy ludzie są krzywdzeni na koncertach rockowych i gdziekolwiek indziej. Nie o to w tym chodzi.
MF: Kierunek, w którym idzie muzyka, tak generalnie?
Justin: Mam nadzieję, że więcej ludzi zacznie słuchać więcej muzyki. Myślę, że ostatnio pojawiło się dużo gniewnej muzyki. Myślę, że być może coraz więcej ludzi próbuje wybić się z ich własnego systemu. To widzę, mówię o tym tobie i innym mediom, mówię członkom zespołu i publiczności, to jest w tych melodiach i tekstach, to jak poprawa kaca po tej ciężkiej, pełnej gniewu muzyce, która pojawiła się w ciągu ostatnich kilku lat. Powiedziałem kilku, ale możesz powiedzieć o dziesięciu albo piętnastu latach. Sława Kurt'a Cobain'a pomogła temu wyjść na wierzch. To było potrzebne. Nie chodzi o to, że jestem muzycznym prorokiem, bo sam nie za bardzo wiem o czym mówię, takie mam po prostu przeczucie, myślę o melodii, muzyce i tej kobiecej stronie, nie chodzi mi o to, że powinno się to odbywać kosztem męskiej energii, myślę, że teraz wszystko bardziej się wyrównało. To bardzo fajna sprawa. Szczególnie jeśli ktoś dorastał w zachwycie dla, na przykład, Annie Lenox, w pięknych melodiach i tonach jej głosu i tym ciepłem, które pochodzi z kobiecej energii. Mężczyzną, który robi to bardzo dobrze jest Maynard. Nas Tool napawa strachem, ale uważamy, że są niesamowici. Szczególnie on ma zdolności, żeby mieć ekstremalnie gniewny wokal i ma tą zdolność wywoływania u ciebie łez jak, "Dreszcze w kręgosłupie." Zabierze cię z tego pełnego gniewu miejsca i da do zrozumienia, że może być OK, jeśli tylko przez to przejdziesz. Myślę, że to właśnie powraca i Tool ma z tym wiele wspólnego i mam nadzieję, że choć raz w życiu mam rację... wspaniale byłoby zobaczyć jak to wraca...
Później Justin napisał:
"Dziękuję ci za niesamowity wywiad i za twój czas!"
- Justin Stewart Cotta z Memento
tłumaczenie: Marka, źródło - musicfrisk.com |