SEVENDUST
|
6 czerwca w warszawskiej Stodole odbył się pierwszy koncert Sevendusta w Polsce. Nie ma przesady w opiniach, że panowie z Atlanty odebrali Disturbed publikę. Ba! Nawet dziennikarze muzyczni byli zgodni co, do tego, że ich koncert przyćmił gwiazdę wieczoru. Poniżej rozmowa z założycielem grupy, Morganem Rose, zarejestrowana w tour-busie, tuż przed koncertem.
Jakub Zajdel: Jesteście zdecydowanie jednym z najciężej pracujących i będących non-stop w trasie zespołów ostatnich lat. W internecie mnożą się informacje o tym, jak długo potraficie być w trasie i jak energiczne show za każdym razem dostarczacie swoim fanom. Jak to jest, że przez tyle lat potraficie utrzymać tak świetną formę, tak dużo koncertować i stale być w tak imponującej formie? Jaka jest recepta na taką długowieczność?
Morgan Rose: To dość dziwne ale wpływ na to musi mieć fakt, że zakładając zespół tworzyłem go z osób, które lubię. Nie obraliśmy podejścia typu 'weźmy najlepszego gitarzystę czy wokalistę' tylko raczej oparliśmy grupę na tym, żeby wspólnie grać z osobami, z którymi dobrze spędza się czas i z którymi - gdyby udało nam się osiągnąć sukces - będzie nam się fajnie wspólnie jeździło w trasy i nie będzie między nami animozji - w końcu trasa to spędzanie czasu non-stop ze sobą w busie. Jakąkolwiek radę daję komukolwiek w sprawie zakładania zespołu zawsze mówię: dobieraj ludzi, których lubisz. I to chyba głównie przez to jesteśmy dzisiaj w takim miejscu, a nie innym. Wspieramy się nawzajem. Większość tras graliśmy w Stanach Zjednoczonych, przeszliśmy przez wiele różnych sytuacji - również przez nieudane biznesy [TVT Records - przyp. red.] - nieczęsto mieliśmy możliwość koncertowania w Europie. Patrzymy więc na tę trasę jako być może ostatnią szansę, żeby zostać zapamiętanym i skojarzonym przez tutejszą publikę. Naszym przepisem na długowieczność jest podejście, jakie zawsze mieliśmy - dawaj z siebie 110% grając każdy show i sprawiaj, żeby po koncercie wszyscy mówili tylko o twoim zespole. Dziś też chcemy, żeby tak było!
Sebastian Grabowski: Przeprowadzałem wywiad z Lajon'em w grudniu 2005 roku i powiedział mi, że mieliście pecha będąc w trasie w tej części świata. Na przykład odwołana trasa z formacją Staind. Teraz - w 2011 - znów jesteście na Starym Kontynencie. Jak to się stało?
MR: Podpisaliśmy dwa bardzo złe kontrakty. Gdy zaczynaliśmy koncertować jedynie dwóch członków zespołu miało partnerki, a jedynym żonatym członkiem Sevendust był Vinnie. Nie interesowały nas pieniądze, ponieważ nie zaczęliśmy grać w zespole żeby zarabiać pieniądze. Potem pojawiły się dzieci, a z nimi zwiększyła się odpowiedzialność - trzeba było zarabiać na opłacenie rachunków, na czynsz, itp. Trzeba było zacząć zarabiać pieniądze. Nie mieliśmy możliwości zarobkowych tutaj oraz nie dostawaliśmy żadnych propozycji koncertowania poza USA. Dosłownie nie mogliśmy sobie pozwolić finansowo żeby wyjechać poza kraj i koncertować, a bez pieniędzy nie mogliśmy zapewnić naszym dzieciom żadnych warunków do życia. Nie była to łatwa decyzja. Gdy tylko rozwiązaliśmy wszelkie umowy z tymi wytwórniami, założyliśmy własną wytwórnię [7Bros - przyp. red.], ale nie mieliśmy żadnego wsparcia. Musieliśmy sami zapłacić za ten tour 70 000 $ - nie zarabiamy - musimy wydać - ale bardzo chcemy tutaj być, spróbować się pokazać i podziękować wszystkim fanom, którzy nas wspierali przez te lata. Jeśli coś pozytywnego to przyniesie to świetnie - jeśli nie - to nie. Chcemy tutaj wracać co roku.
SG: Więc zarabiacie jedynie na sprzedaży płyt i koszulek?
MR: Tak. Nie zarabiamy natomiast na samych koncertach; tj. bardzo mało - za mało. Przykładowo sam bus kosztuje ok 30 000 $.
SG/JZ: Kupimy dużo koszulek i płyt!
MR: (Śmiech). Dzisiaj jest pierwszy dzień trasy kiedy tak naprawde mamy co sprzedawać. Graliśmy na festiwalach Rock Am Ring i Rock im Park, gdzie przychodzi średnio ok 40 000 ludzi. Mogliśmy sprzedać tony merchu ale niestety - marża stoiska u organizatora to aż 40%. Finalnie musielibyśmy im jeszcze dopłacić, nie zarabiając ani grosza. To zawsze jest problematyczne. Wczoraj byliśmy headliner'em ale nasze koszulki i płyty nie dojechały na czas - przyjechały dopiero dzisiaj. Najgorsze jest to, że ludzie wariowali na naszym wczorajszym koncercie, mogliśmy sprzedać mnóstwo rzeczy. Ale cóż.
SG/JZ: My zdecydowanie kupimy mnóstwo!
MR: Super!
JZ: Trochę z innej beczki: gracie sporo na konsolach z tego co nam wiadomo - jakie są Twoje ulubione gry?
MR: Chłopaki grają na Playstation 3; przede wszystkim John; ja gram na Playstation Portable. Gram przede wszystkim w gry sportowe; piłka nożna, baseball, golf - tego typu rzeczy.
SG: Czy ciężko wybiera Wam się kawałki do setlisty? Macie w końcu 8 albumów, mnóstwo hitów - jak to robicie?
MR: To bardzo trudne; szczególnie w takich miejscach jak Polska. Pierwsze 2-3 albumy były powszechnie dostępne, kolejne - już mniej; szczególnie 2-3 ostatnie, które z tego co wiem bardzo ciężko dostać poza Stanami. Na logikę powinniśmy grać materiał z nowej płyty, żeby ją promować. Z drugiej strony - być może nikt nie będzie znać tych piosenek. Więc myślisz sobie wtedy - może powinniśmy zagrać 'pewniaki'? Wczoraj zagraliśmy po trochu z każdej płyty, a na końcu setu zaczęliśmy grać nowe kawałki i wszyscy znali słowa nawet lepiej niż starych piosenek. To było w Hamburgu. Byłem totalnie zdziwiony. Teraz podchodzimy do tego tak: zagrajmy to co sami lubimy grać i zobaczymy jaka będzie reakcja fanów. Ogólnie rzecz biorąc lepiej odbierane są cięższe kawałki, stąd ostatnio gramy sety składające się głównie z mocniejszych numerów.
JZ: Mam pytanie dotyczące Twojego projektu solowego, który znajduje się na Twoim profile Myspace. Produkujesz płyty, występujesz gościnnie na różnych albumach - m.in. udzielałeś się na płycie Digital Summer [Counting the Hours - przyp. red.], w przeszłości współpracowałeś z Butchem Walkerem, Eye Empire. Czy planujesz wydać EP-kę jak Clint [Lowery - przyp. red.]?
MR: Tak, zdecydowanie chcę coś niedługo zrobić z tym materiałem. Ten materiał powstał z nudy ;-) Gdy Clint odszedł i był okres na krótko przed jego powrotem, spędzałem z nim sporo czasu - podobnie z jego bratem Corey'em. Wspólnie z Corey'em i Bradem - gitarzystą Eye Empire - nagraliśmy kilka kawałków. Z Clintem natomiast nagrałem kolejne. Udzielam się wokalnie w tych wszystkich numerach. Są bardzo spokojne i lekkie, to dość dziwne gdy nie krzyczę tylko śpiewam (śmiech). Więc coś na pewno zrobimy z tym materiałem. Nie będę zdradzał wiele, ale planujemy też projekt, który będzie naprawdę ciężki - najcięższy jak tylko potrafię zagrać. Ale o tym niebawem.
SG: Macie na koncie 8 albumów. Czy mógłbyś opisać każdy z nich w kilku słowach?
MR: Album 'Sevendust' (1997): Kompletnie nie mieliśmy pojęcia co robimy. Sami napisaliśmy materiał i go wyprodukowaliśmy z małą pomocą JJ French'a. Szybko doszliśmy do wniosku, że jeśli sami nie zadbamy o własne interesy, ludzie nas wykorzystają - wytwórnie płytowe oczywiście. Płyta powstała bardzo szybko - w jakieś 30 dni.
SG: Najlepsze kawałki?
MR: Oczywiście Black i Bitch - choć nie są moimi faworytami. Terminator i Speak bardziej do mnie trafiają.
MR: Album 'Home' (1999) - po 'Sevendust' przeszliśmy do nagrywania kolejnego albumu. Wzięliśmy 2 tygodnie wolnego po koncertowaniu przez 2 lata nieprzerwanie. Gdy wróciliśmy do domów, byliśmy wykończeni - piciem, imprezowaniem i jeżdżeniem. Wydawało nam się, że nagraliśmy już cały album a nasz producent Toby Wright powiedział, że mamy 4 kawałki, które się nadają. Musieliśmy więc wrócić do studia i skończyć nagrywanie. To bardzo toksyczna płyta - ludzie ją kochają, bo jest wynikiem wielu imprez i dobrej zabawy.
MR: Album 'Animosity' (2000) - To mój ulubiony album. To bez wątpienia długo przygotowywana płyta. Dużo imprezowaliśmy i dziwię się jak udało nam się ją nagrać. Było naprawdę ciężko. Do dziś nie wierzę jak to się udało. Mieliśmy super fajnego producenta - Ben'a Grosse. Gigantycznie wpłynął na nasze brzmienie - nigdy nie brzmieliśmy tak dobrze - gitary czy perkusja. Po długim czasie nauczyliśmy się w końcu grać te piosenki na żywo, ponieważ były stworzone w osobliwy sposób. To był naprawdę świetny okres - dużo imprez, ale dało to też świetną płytę.
MR: Album 'Seasons' (2003) - Nasza ówczesna wytwórnia płytowa chciała, żebyśmy zmienili brzmienie. My nie chcieliśmy się zmienić. Jedynym kompromisem, na jaki byliśmy w stanie pójść to współpraca z Butch'em Walkerem. Już wcześniej z nim pracowaliśmy - on wyprodukował dema Black, Bitch i innych kawałków jeszcze przed tym jak podpisaliśmy kontrakt. Wiedziałem, że specjalizuje się w muzyce pop przede wszystkim, a my jesteśmy ciężko grającym zespołem i zawsze będziemy ale Butch wypolerował nas i skomercjalizował nasz materiał. Nasze brzmienie stało się bardzo przystępne - nawet najcięższe kawałki brzmią bardziej przystępnie. Przykładowo Face To Face - refren jest bardzo chwytliwy i melodyjny. To zdenerwowało wielu naszych fanów - sporo fanów się od nas odwróciło, trochę przybyło - myślę jednak, że straciliśmy więcej niż zyskaliśmy.
SG: Recenzja płyty 'Seasons' dostała pierwszą pozytywną notę na Metalsucks
MR: Tak - to był album, który albo się kocha albo nienawidzi. Bardzo mało było mieszanych uczuć o tej płycie. Ludzie mówili albo: "Co oni zrobili - brzmią tak miałko" albo "No wreszcie grają melodyjnie jak powinni". Ale to wówczas właśnie nasza wytwórnia powiedziała nam, żebyśmy zaczęli słuchać The White Stripes, The Strokes, The Hives. A my tego nienawidzimy! Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo i postanowiliśmy zakończyć współpracę i podpisaliśmy umowę z Winedark Records - wydawniczym start-up'em. Oferowali nam mnóstwo pieniędzy. Aż nie mogliśmy uwierzyć, ale to zaakceptowaliśmy choć było to zbyt piękne żeby mogło być prawdziwe.
MR: Album "Next" (2005) - to pierwsza płyta bez Clinta. Bardzo turdno się ją nagrywało ale była między nami pozytywna chemia i mentalność nagrywania ciężkich melodyjnych rytmów, więc płyta sama w sobie wyszła bardzo ciężko. Następnie wytwórnia zbankrutowała. To postawiło nas w sytuacji, gdzie nie mogliśmy nawet nagrywać kolejnych płyt. Musieliśmy wywalczyć prawa do naszych utworów i rozwiązać kontrakt. To była droga przez mękę.
MR: Album "Alpha" (2007) - Byliśmy niesamowicie zdenerwowani - to najcięższa płyta bez Clinta. Chcieliśmy zabić każdego. Ta płyta całkowicie powstała z gniewu - sam napisałem większość materiału na "Alpha". Nagrywaliśmy go w Atlancie, panowała pozytywna atmosfera, nagrywanie poszło dość gładko.
MR: Album "Hope & Sorrow" (2009) - Przyszła pora na kolejny album - zbyt szybko. Wspólnie z Johnem (Connolly - przyp. red.) tworzyliśmy materiał, nie mając do końca pojęcia w którym kierunku idziemy. Nie wiedzieliśmy co chcemy zrobić. Jesteśmy ciężką kapelą, a Chris Daughtry występuje u nas gościnnie - Chris to świetny gość ale dla ludzi to połączenie jest dość dziwne. To była bardzo dziwna płyta, niespójna. Wówczas popatrzeliśmy na siebie i wspólnie doszliśmy do wniosku, że Clint musi wrócić. Musimy mieć jego głos, riffy. Ja wówczas spędzałem z nim trochę czasu i najmocniej naciskałem, żeby wrócił. Zespół się zgodził. Clint powrócił do zespołu dokładnie w dniu premiery "Hope & Sorrow", co sprawiło, że wszyscy myśleli, że on nagrywał go z nami. Ale tak nie było.
MR: Album "Cold Day Memory" (2010) - to mój drugi ulubiony album po "Animosity". Przechodziłem wówczas rozwód i w ogóle był to trudny okres mojego życia. Pozytywem jest jednak to, że udało nam się do siebie zbliżyć, znów mogliśmy tworzyć muzykę w oryginalnym składzie. Nie mieliśmy ustalonego kierunku na ten album jak np. przy "Alpha", gdzie wiedzieliśmy, że chcemy nagrać najcięższy album w karierze. Wydawało nam się, że to ciężki materiał, ale finalnie nie jest tak ciężki. Są w nim ciężkie elementy, ale sam w sobie ciężki nie jest. Wydaje mi się, że kolejny album będzie dużo bardziej spójny i przemyślany. Na pewno będzie zupełnie inny od ostatniego.
JZ: Kiedy planujecie nowy album?
MR: Śmieszne jest to, że np. tutaj w Europie fani nie muszą od nas odpoczywać. Fani w USA - tak. Gramy tam bardzo dużo koncertów, ludzie mogą już mieć nas dość. To tak jak z żoną, jeżeli przybywasz z nią każdą sekundę dnia, każdego dnia, przez 13 lat, nie ważne jak ją kochasz, chciałbyś pobyć sam choćby przez minutę. Początkiem 2012 powinniśmy rozpocząć nagrywanie i wydać album na koniec lata 2012. Chcielibyśmy jednak koncertować więcej w Europie, a mniej w Stanach. Graliśmy w Australii relatywnie często, ale w Europie - bardzo rzadko. Fani, którzy słuchali nas od początku już podrośli, więc zaczęli słuchać też innych rzeczy. Tournee z Disturbed to dobre rozwiązanie dla nas - brzmimy podobnie, mamy podobny profil fanów. Disturbed wypełnia każdy klubowy koncert. Być może kilkaset osób z obecnych dzisiaj na sali będzie nas znało ale zrobimy wszystko, aby zrównać to miejsce z ziemią - żeby po wyjściu z klubu ludzie musieli łapać oddech. O to nam chodzi. Chcemy żeby ludzie nas zapamiętali. Tutaj musimy pracować na swoją reputację, w Stanach nie musimy już nic nikomu udowadniać. Tacy już jesteśmy - musimy się pokazać i udowodnić naszą wartość.
JZ: Czy planujecie live DVD?
MR: Tak, natomiast w dzisiejszych czasach, gdzie liczy się każdy cent, digital download króluje, to nie są już czasy MTV. Nikt sam nie wejdzie na naszą stronę internetową po zobaczeniu naszego klipu w TV - raczej natknie się na nas. Na pewno chcemy zagrać akustyczne tournee, kilka mniejszych klubowych tras w Stanach. Gramy jeszcze Uproar Festiwal z Avenged Sevenfold, gramy na Download - jest tego naprawdę jeszcze sporo w tym roku.
SG: Macie na pewno bardzo oddanych fanów. W jaki sposób manifestują swoje przywiązanie do kapeli?
MR: Tatuują sobie nas na ciele - wszędzie! Mają nasze portrety, etc. A co będzie jak będą mieć 50-60 lat? Będą mieć np. moją twarz na ręcę (śmiech). Dziwne - ale cudowne z drugiej strony. Ich oddanie jest niesamowite. Z naszej strony oddanie jest równie duże - my kochamy naszych fanów jak rodzinę. Dzięki naszym fanom możemy robić to, co kochamy przez tak długi czas. Zawsze nazywam naszych fanów rodziną - nie jesteś moim fanem - jesteś moim przyjacielem. Nie rozpatruję tych relacji w kategorii - jestem Twoim fanem - tylko - lubię cię - lubię muzykę, która grasz, a ja lubię ciebie za to, że wydajesz ciężko zarobione pieniądze na to, żeby kupić bilet, koszulkę, płytę.
SG: Współpracowaliście z wieloma muzykami przez lata. Wielu artystów zagrało gościnnie na Waszych albumach. Powiedz, która współpraca była dla Ciebie najciekawsza?
MR: Wydaje mi się, że współpraca ze Skin była niesamowita. Była tak profesjonalna, że ciężko było w to uwierzyć. Wszyscy na tym skorzystaliśmy.
SG: Niesamowity kawałek wyszedł z tej kolaboracji.
MR: Nie graliśmy tego kawałka od ok 11 lat - ostatnio dowiedzieliśmy się, że mamy grać na Download tego samego dnia co Skunk Anansie - dobrze byłoby to zagrać wspólnie. Zobaczymy co się stanie.
SG: Czy wiesz cokolwiek o Polsce?
MR: Mój dziadek jest z Polski. Balak - to jego nazwisko.
SG: Czy słyszałeś, że mamy szalonych fanów tutaj?
MR: O tak - słyszałem, że jest świetnie. Alter Bridge grał parę dni temu w Warszawie - podobno było niesamowicie.
SG: Tak, koncert był bardzo udany. Mark Tremonti powiedział, że był bardzo zaskoczony reakcją polskich fanów na muzykę Alter Bridge i tak ciepłym przyjęciem.
SG: Czy masz coś na koniec do powiedzenia polskim fanom?
MR: Bardzo chcemy zagrać tutaj ponownie niebawem. Zrobimy wszystko, żebyście byli zadowoleni z dzisiejszego show. Zniszczymy to miejsce. Chcemy grać więcej, częściej w Polsce. Jesteśmy na scenie 15 lat, a gdy pierwszy raz jesteśmy u Was zagramy jedynie 40 minut. Dobre i to, ale dla fanów to mało. Potrzebujemy wsparcia polskich fanów, żeby móc tutaj ponownie wrócić. Wrócimy za rok!
SG/JZ: Bardzo dziękujemy za wywiad i poświęcony czas!
MR: Ja również, cała przyjemność po mojej stronie.
rozmawiał Sebastian Grabowski i Jakub Zajdel tłumaczenie: Jakub Zajdel |