SHINEDOWN
|
Powoli, ale pewnie Shinedown zyskał sobie ogromną ilość fanów i miano jednego z najlepszych rockowych zespołów w Stanach. Po wydaniu "Leave A Whisper" w 2003 roku grupa działała według sprawdzonej formuły na osiągnięcie sukcesu: trasa. Shinedown grali koncerty przez 23 miesiące. W tym czasie zauważeni zostali również dzięki radiu i sukces płyty wsparły single "Fly From The Inside", "45" i pełen pasji cover Lynyrd Skynyrd "Simple Man".
Przy okazji ukazania się ich drugiego wydawnictwa "Us And Them" wokalista Brent Smith rozmawiał z portalem 411 Music o rygorystycznym regulaminie na trasie oraz nagrywaniu nowej płyty. Smith był dumny, słusznie zresztą, że pochodzi z czystego rockowego zespołu, który robi to, co najbardziej kocha.
Michael Melchor: Domyślam się, że z okazji ukazania się nowej płyty ruszycie w trasę. Kiedy można się jej spodziewać?
Brent Smith Och, cały czas jesteśmy w trasie. Graliśmy koncerty nawet podczas nagrywania płyty! Teraz jesteśmy w Dallas i szykujemy się do koncertów z 3 Doors Down i Alter Bridge.
MM: Pisaliście i nagrywaliście podczas trasy czy zrobiliście sobie kilka dni wolnego?
BS Po wydaniu "Leave A Whisper" graliśmy przez 23 miesiące. Zagraliśmy w tym czasie 435 koncertów bez zatrzymywania się. Potem zrobiliśmy sobie półtoramiesięczną przerwę. Po dwóch tygodniach zacząłem pisać drugą płytę, ponieważ bardzo chciałem wrócić na trasę. Nie chciałem, żeby krążek ukazał się rok po debiucie. Mieliśmy mnóstwo pracy, bo tak naprawdę nic nie napisaliśmy podczas trasy. Chcieliśmy stać się świetnym zespołem koncertowym. Spędziliśmy 2-3 lata w trasie i byliśmy na scenie jak maszyny. Wszystko co związane jest z tym zespołem to koncerty i radio. Nie mieliśmy czasu, żeby rozmawiać z mediami o pierwszej płycie, więc jesteśmy kapelą bez twarzy. Ludzie pytali nas "jak możecie nie mieć wizerunku skoro jesteście w każdej stacji radiowej w tym kraju!?" Dlatego, że wyświadczaliśmy im wiele przysług, graliśmy sety akustyczne dla rozgłośni radiowych i tego typu rzeczy. Nie odmawiamy radiu, bo zdajemy sobie sprawę jak okrutna jest taka relacja z zespołami jak nasz. Bardzo dużo dają nam koncerty, pokazujemy się publice. Na nich właśnie opiera się ta grupa.
MM: Powiedziałeś, że w trasie nie pisaliście nic. Cały materiał powstał podczas przerwy?
BS Tak, większość rzeczy pisaliśmy, gdy mieliśmy trochę wolnego czasu, ale potem wciąż pracowałem nad tekstami. Gdy pierwszy singiel "Save Me" znalazł się w radiu, nie miałem liryk do czterech numerów, a cztery inne nie były jeszcze nagrane. W studiu zaharowywałem się, żeby wszystko skończyć. Oprócz tego, płyta nie była zmiksowana, byliśmy przed masteringiem. Wywierano olbrzymią presję żebyśmy się wyrobili. Zresztą sam o tą presję prosiłem. Długo rozmawialiśmy o tej płycie. Każdy wnosił swoje pomysły, zawsze pracowaliśmy jako grupa, ale ja miałem bardzo jasną wizję w głowie dotyczącą tego, jak ma brzmieć ten albuma, jaki ma mieć styl. Chłopaki byli bardzo łaskawi, że pozwolili mi mieć całkowitą kontrolę nad albumem. Wszystkie wizje dotyczące zarówno samego krążka, jak i jego okładki przyszły do mnie we śnie. Pracowałem z James'em Jean'em, to młody dzieciak z Los Angeles. Pisaliśmy do siebie maile o książeczce, o tym co mi się podoba i tak dalej. Ustaliliśmy szczegóły i namalował nam okładkę. Pozostali członkowie zespołu mieli swoje pomysły, ale powiedzieli mi "jeśli czujesz, że to na pewno jest to, o co ci chodziło, to niech tak zostanie."
MM: Na końcu dopracowaliście ostatecznie kształt i formę płyty i tak powstała "Us And Them"?
BS Dokładnie. To zawsze zależy od zespołu. To wspólny proces. Na tym etapie zobaczyli, że miałem bardzo konkretny pomysł i dali mi swoje błogosławieństwo. Jeśli chodzi o pisanie utworów, to każdy z nas miał w nim udział. Mówiłem wszystkim, że to nie będzie druga część "Leave A Whisper". Chciałbym myśleć, że ta płyta to ogromny postęp zespołu - nie tylko tekstowo i muzycznie, ale również pod względem pisania piosenek. Mam nadzieję, że ludzie przyjmą ją z otwartymi głowami.
MM: Myślisz, że na ten rozwój miał wpływ fakt, że przez cały czas byliście razem w trasie?
BS Wydanie "Leave A Whisper" zajeło nam trzy lata. Tak długo pisaliśmy i pracowaliśmy nad tą płytą. Mieliśmy tyle numerów, że wybraliśmy tylko te najlepsze spośród najlepszych. Ten krążek właściwie żyje własnym życiem, ponieważ gdyby wyszedł 4-5 lat temu sprzedałby się w 2-3 milionowym nakładzie. W tych numerach są elementy, które powinny ukazać się wcześniej. Z powodu czasu, który minął album został trochę zepchnięty na bok. Ludzie nie wiedzieli co o nim myśleć, bo wtedy wychodziła cała ta "bojówkowa" muza. Emo nabierało coraz wyraźniejszych kształtów i wiele kapel zaczynało grać dokładnie tak samo. Ciężko było wyłamać się poza ten szablon z czysto-rockowym amerykańskim zespołem, który miał potężne gitary i wokal. Moim zdaniem na "Leave A Whisper" jest parę zajebiście masywnych haczyków. Jednak stylistycznie to nie jest rodzaj płyty, na jakie wszyscy się wtedy napalali, więc zdecydowanie mieliśmy pod górkę.
MM: No cóż, nowa płyta powinna poradzić sobie lepiej, bo zauważyłem, że "czysto-rockowe" granie wraca do łask.
BS Muszę dać ci szczerą ocenę brzmienia nowej płyty. Nie nagrałbym jej gdybym nie mógł powiedzieć, że wzięła swój początek w old-schoolowym, klasycznym rocku. W zespołach takich jak Led Zeppelin, Black Sabbath, a nawet Grand Funk Railroad. W ich ciężkich riffach z naprawdę dobrych roczników.
MM: [śmiech] No ładnie!
BS Chodzi o styl nagrywania, poza tym gramy wszystko bardzo, bardzo głośno. Myślę, że "Leave A Whisper" ma potężne brzmienie, ale jest ono także skondensowane i wypolerowane. Nowa płyta już tak nie brzmi, to zespół rockowy z zajebistą ilością groove'u. Instrumentarium jest skierowane prosto w twoją twarz, bardzo głośne gitary i perkusja oraz kopiący po tyłku bas. Jedyne czego nie dodaliśmy więcej to wokal. Nie nawarstwiałem głosu na tej płycie, na przykład nie nagrywałem czterech ścieżek w refrenie. Wiele utworów na płycie ma jedną warstwę wokalną. Producent [Tony Battaglia] sprawił, że to zrozumiałem, choć na początku z nim walczyłem. Pamiętam dzień kiedy strasznie się na niego wkurwiłem, bo powiedział, że nie chce już nakładać więcej warstw wokali. Odpowiedziałem, żeby się odpierdolił i że będziemy nakładać te wokale tak długo aż mi się spodobają. On po prostu się zatrzymał i powiedział, że na dzisiaj skończyliśmy. Zdziwiłem się: "Jak to na dziś skończyliśmy?". Ale twardo postanowił "Skończyliśmy, a teraz wychodzimy pogadać jak mężczyzna z mężczyzną." Poszliśmy na obiad i pierwsze co powiedział to
"Pozwól się o coś spytać: czemu tak bardzo chcesz nawarstwiać swój głos? Wytłumacz mi. Chcesz tego dlatego, że wydaje ci się, że wtedy brzmisz mocniej?" A ja na to, że tak, daję z siebie więcej, więc powinienem brzmieć mocniej. Powiedział: "Nie. Przez to nie mam pojęcia kim jesteś. Kim jest Brent, ponieważ nie słyszę twojego głosu i brzmisz jak każdy inny. Chcę wiedzieć jak brzmi twój głos - musisz mieć jaja, zaśpiewaj to raz - tak jakby to miał być twój ostatni, kurwa dzień na Ziemi." Zrobiłem to potem w wielu numerach. Dał mi głos pozwalając śpiewać tak jak śpiewam. Moim zdaniem Tony nadał mi styl i pozwolił robić to co chcę, teraz to brzmi jak ja. Tak samo było z gitarami. Jasin [Todd, gitarzysta] chciał setek różnych brzmień a Tony powiedział, żeby to jebać i żeby wybrał jedno brzmienie. Niektórzy mogą powiedzieć, że nasz producent jest leniwy, ale pomyliliby się. On nadawał zespołowi brzmienie.
MM: Racja - próbuje wychwycić z was to co najlepsze, więc ludzie mogą usłyszeć to, co zespół ma rzeczywiście do zaoferowania.
BS Dokładnie. Zrobił to wszystko, żeby powiedzieć Jasin'owi: "Wybierz swoją ulubioną gitarę, albo tą, na której chcesz grać w tym utworze. A teraz pokaż mi dźwięk, jaki chcesz z niej wydobyć." Potem Tony szedł na górę, przykładał do głośników dwa mikrofony Shure 57, a dwa kolejne ustawiał po przeciwnej stronie pokoju i podkręcał głos na maksa. To brzmiało jakby tam toczyła się wojna (śmiech). To old-schoolowy producent. Myślę, że zapewnił nam brzmienie jakiego już dawno nie było.
tłumaczenie: Marka, źródło - 411mania.com |