SUBMERSED
|
Wywiad dla magazynu "Metal Edge" - numer z lutego 2005.
"Wierzę w moc artystów," mówi frontman Submersed Donald Carpenter, "dlatego lubię takich ludzi jak John Lennon, Bob Marley i Marvin Gray. Bardzo ich szanuję i czuję, że muszę podtrzymywać to, w co wierzyli." Uzbrojeni w takie poczucie i muzyczną szczerość Submersed mają szansę stać się kolejnym przełomowym zespołem w historii amerykańskiej muzyki. Otrzymali wsparcie i pomoc od gitarzysty Alter Brigde Mark'a Tremonti'ego. Gdy świętowali sukces po wydaniu debiutanckiej płyty "In Due Time" dla Wind-Up, grali jako support Alter Bridge na trasie po Północnej Ameryce. Tremonti poznał grupę z gitarzystą Eric'iem Friedman'em - jak się okazało brakującym ogniwem zespołu.
Dzięki Mark'owi Submersed podpisali kontrakt i wylądowali w Nowym Jorku. "Rozmawialiśmy przez telefon o koncercie z Seether, a przy okazji omówiliśmy parę kluczowych dla nas spraw. Okazało się, że pod względem osobowości świetnie do siebie pasujemy," powiedział Donald. "Spędziliśmy sześć, czy siedem dni w domu Mark'a rozmawiając i tworząc riffy, napisaliśmy w tym czasie sześć lub siedem utworów. Mark nas obserwował, zadzwonił do właścicieli wytwórni, po czym wrócił do pokoju i zapytał nas czy nie chcielibyśmy podpisać kontraktu." Submersed ma moc robienia dokładnie tego co sugeruje ich nazwa - Zalewają zmysły wibrującą pasją i pełnią dźwięków ich gitar i soczystych wokali. Friedman i Carpenter rozmawiali z magazynem Metal Edge o drodze jaką przebyli by nagrać debiutancką płytę...
Metal Edge: Ciekawa historia kryje się za waszą nazwą - skąd się wzięła?
Donald Carpenter: Jest taki zespół Edge Water - to nasi przyjaciele z Dallas i też są w Wind-Up. W swojej okolicy stali się dość znani i wzięli nas pod swoje skrzydła. Mają utwór zatytułowany "Submerged" (Zanurzony). Kochamy ten numer tak bardzo, że chcieliśmy się tak nazwać, ale jest już parę takich grup, więc zostało Submersed.
ME: Otrzymaliście wsparcie ze strony Mark'a Tremoti'ego, pewnie mogliście dzięki temu szybciej załatwiać sprawy związane z biznesem, a jak długo tworzyliście "In Due Time" od strony muzycznej?
Eric Friedman: Zajęło nam sporo czasu, żeby poskładać album w jedną całość. Podpisaliśmy umowę jakieś dwa lata temu, parę miesięcy później zaczęliśmy nagrywać. Myśleliśmy, że skończyliśmy płytę, również pod względem produkcji z Mark'iem Tremonti'm i Kurt'em Kelsey'em. To było niesamowite uczucie. Potem, gdy pojechaliśmy na trasę i czekaliśmy na wydanie albumu, dopisaliśmy jeszcze kilka kawałków - między innymi "Hollow", który stał się singlem. Następnie pojechaliśmy do Los Angeles do Energy Studios, nagrywać z Don'em Gilmore'm. To niezwykły producent. Ma ogromną intuicję, jest mądry i zna się na brzmieniu gitary. To było wspaniałe przeżycie, teraz jesteśmy tu na trasie, jest wariacko! Muzycznie staramy się łączyć wszystko co znamy w spójną całość. Są cięższe i lżejsze partie, pulsowanie, trochę bluesa między zwrotkami, metalowe harmonie w mostku i na końcu... Gdy tworzymy czerpiemy ze wszystkiego, a teksty spinają to w klamrę. Znaczą dla nas bardzo wiele.
DC: To jest właśnie piękno szczerych utworów. Możesz opowiedzieć dwadzieścia różnych historii i o tym co dla ciebie znaczą. W "Hollow" jest bardzo dużo rzeczy, które tworzysz gdy czujesz się samotny i pusty. Bierzesz je z tego co cię otacza i wypełniasz nimi pustkę w życiu. Przeważnie dotyczą one moich związków, w pewnym sensie mówię o tym jak pozwoliłem się stoczyć. Druga część jest o tym, jak inni potrafią cię zdołować, a ty nie jesteś w stanie cierpieć i poczuć bólu serca, więc zgadzasz się na taki stan rzeczy. Przekonaliśmy się, że o wiele więcej dostajesz od życia i związków gdy jesteś miły, uprzejmy i szanujesz innych. To bardziej zajmujące niż ciągłe plucie na ludzi, olewanie ich i wkurzanie się o byle co. Nie ma idealnego człowieka, ale jest idealna drużyna. Nauczyliśmy się, że są dwa rodzaje ludzi, którzy przychodzą na koncerty, tacy, którzy lubią stać i patrzeć i tacy, którzy chcą być częścią przedstawienia. Na Alter Brigde przychodzi mnóstwo fanów Creed. Są to ludzie w bardzo różnym wieku, czuję jakbym się w nich zatapiał, to niezwykłe.
ME: Nie przytłacza was to, że z lokalnego zespołu staliście się grupą, która koncertuje po całym kraju? To pierwsza wasza tak duża trasa, prawda?
EF: Ja grałem w bardzo wielu klubach w L.A., w Roxy, Whisky... Przed tą trasą zagraliśmy mini-trasę. Przez tydzień występowaliśmy z Edge Water. Jeśli chodzi o taką prawdziwą trasę, gdzie promowana jest nasza nazwa i mamy z czym zaszaleć, to powiedziałbym, że to rzeczywiście nasza pierwsza.
DC: Dorastałem marząc by robić coś takiego przez całe życie. Wiem, że Eric zaczął bardzo wcześnie, a dla reszty zespołu muzyka także jest wielką życiową pasją. W tej chwili nas to nie przytłacza ponieważ to część pewnego procesu. To wszystko się po prostu dzieje, wszystko jest takie szybkie już na starcie, więc w końcu będziemy pewnie musieli spłacić rachunki. Kiedyś rozmawialiśmy z kimś o różnych podejściach muzyków i ludzi, którzy odnieśli sukces, do tego co robią, o tym jak zmienili się po tym co ich spotkało. Czasem wszystko może potoczyć się za szybko, tak że nie zdążysz tego docenić. To błogosławieństwo, że w naszym przypadku trochę to trwa, minęło półtora roku odkąd zaczęliśmy nagrywać pierwszą część płyty. Długo trwało nim skończyliśmy i można nas było zacząć promować. W tamtym czasie swoje sukcesy święcili Evanescence. Wytwórnia chciała trochę zaczekać żebyśmy mieli lepszą "pozycję startową".
ME: Boicie się tego, że może przyczepić się do was opinia młodszych braci Alter Bridge i że będziecie w ich cieniu?
EF: Jeśli kiedyś poczujemy, że nadszedł moment aby się wycofać - zrobimy to. W tej chwili czuję, że mamy wspaniałą możliwość żeby wystartować, być z rodziną i przyjaciółmi. Alter Bridge są nam bliscy jak rodzina. Mieszkamy pięć minut drogi od nich, więc cały czas razem przebywamy. Oni wcześniej robili już coś takiego, więc dobrze, że jesteśmy obok nich, oprócz tego są niezwykle skromnymi ludźmi i mają na nas dobry wpływ.
DC: Nasze motto na tej trasie to "żeby coś osiągnąć, musisz w to wierzyć". Każdej nocy mamy pół godziny, żeby udowodnić tym ludziom, że zasługujemy na to aby żyć z grania. Nie boję się, że zostaniemy przyćmieni przez Alter Bridge, ponieważ wiem, że ludzie przychodzący na koncert wyniosą coś z każdego występu. Nie musiałbym tam wychodzić i szczerze im coś przekazywać, gdybym wiedział, że atmosfera, którą stworzymy zostanie potem całkowicie rozproszona. Po każdym koncercie rozmawiamy z ludźmi i za każdym razem słyszymy "dziękuję za to. Potrzebowałem czegoś takiego. To coś dla mnie znaczy." Ludzie mają już dość Nickelback, są nimi zmęczeni. Nie wymienię innych im podobnych zespołów. Ale w przypadku Nickelback tekst "I like your pants around your feet" ["Podoba mi się, gdy masz spodnie wokół stóp"] to najbardziej, kurwa śmieszna rzecz jaką słyszałem w życiu - co ludzie mają z tego wynieść? Naprawdę nie wiem... Wracając do pozostania w czyimś cieniu - w ogóle się o to nie martwimy. Kontrolujemy nasze przeznaczenie.
ME: Wspomniałeś o promocji - dziś wiele zespołów to już produkty...
DC: Są nieszczere. Szczerość to moje ulubione słowo i według mnie to jedyny sposób, żeby taka muzyka trwała, żeby słuchało jej wiele pokoleń. Szczerość zawsze będzie zrozumiana, bez względu na rodzaj muzyki, wiek odbiorcy, jego rasę lub wyznanie. Starałem się być jak najbardziej szczery w naszej muzyce, ponieważ powstaje ona w naszych sercach. Nie rozmyślamy nad riffem, dzięki któremu nasze płyty będą się sprzedawać. Szczerość to duża rzecz, której brakuje. Nie sądzę żeby wszyscy ludzie pisali z serca, piszą to co według nich się sprzeda.
EF: Jestem tym naprawdę zmęczony. Na rynku jest tak wiele gówna. Powstał taki lejek - jest mnóstwo dobrej muzyki, ale lejek dla radia jest bardzo mały. Wszyscy jesteśmy za tym, żeby niszczyć te mury i przekraczać granice. Chcemy pisać o tym co jest w naszych sercach, ale to jest oryginalne i inne, więc nie pasuje do radia.
DC: Myślę, że słychać to na płycie. Nie zamykamy się w jednym brzmieniu nawet w danym utworze. W konkretnym kawałku klimat może się zmieniać. Chcemy rozwijać się i dojrzewać z każdą płytą, będziemy zmuszać się żeby dojrzeć. Pragniemy przełamywać bariery. Staramy się docierać do różnych grup ludzi, nie określamy, że to mają być słuchacze w wieku 13-25 lat. Nie chcemy im sprzedawać muzyki z Taco Bell, gdzie produkuje się gówno, które ludzie jedzą. Artyści są zobowiązani wobec społeczeństwa, a radio jest takim samym artystycznym środkiem przekazu jak my. Rozmawiałem kilka dni temu z dyrektorem programowym radia z Milwaukee o tym, że nawet radiowcy są w jakimś stopniu artystami. Muszą namalować obrazek w określonym czasie przy muzyce, którą muszą zagrać. Naszym zadaniem jako artystów jest dostarczyć im odpowiednią farbę. Próbują podnosić poziom otwartości na tą muzykę nie tylko wśród słuchaczy, ale też wśród pracowników wytwórni. Dają im coś co jest prawdziwe i szczere, coś co powoduje, że ludzie chcą zmieniać siebie i świat, w którym żyją. Chcemy wyjść i pokazać innym artystom, że też są za to odpowiedzialni.
EF: Słuchamy także Stevie'ego Ray'a Vaughan'a, B.B. King'a, Zeppelinów, Sarah McLaughlin, Massive Attack, Ultra Spank, Dave Matthews Band... Każdego kto jest szczery. Kochamy to i tym się inspirujemy.
ME: Wasza płyta jest dla was pewną filozofią...
DC: Tak, myślę, że szczerość bierze się z przesłania, które masz obok tego co robisz. Oczywiście jeśli jest to coś więcej niż "Chcę zarobić kasę, żeby być szczęśliwym do końca życia". Chcemy wydać coś co nie zniknie pośród innych pozycji.
EF: Dlatego gdy ludzie pytają nas o rodzaj muzyki jaką gramy, odpowiadamy, że jest to rewolucyjny rock!
DC: Staramy się by nasz muzyka była zróżnicowana, nie chcemy zjadać własnego ogona. Moich inspiracji muzycznych można doszukać się w latach 60., z nowych rzeczy słucham Killswitch Engage i Lamb Of God. Stąd bierze się nasz rewolucyjny rock, chcemy zapoczątkować rewolucję. Nic nie pochodzi od jednego zespołu. Rzadko jedna grupa zmienia oblicze muzyki.
Wszystko zmienia się razem, czuję, że Alter Brigde robią to samo - wiedzą, że są odpowiedzialni za swój talent jako artyści, za to co piszą i jak to wpłynie na innych ludzi. Rewolucyjny rock to bardzo dobre określenie, wciąż jest obecne w tej muzyce. Spotykamy często fanów R&B i innej muzyki, którzy wyczuwają szczerość w tym co robimy. W utworach takich jak "Flicker" czy "Piano Song" są rytmy, które poruszają każdego. Nickelback znów będą na nas źli, ponieważ z łatwością można na nas spojrzeć i pomyśleć, że mądre z nas dzieciaki. To właśnie kocham w naszej muzyce, jest dojrzała i ma cel, który nas przewyższa.
ME: W waszym brzmieniu są też elementy classic rocka, które je dopełniają.
DC: Wszyscy są bardzo zaangażowani w to co piszemy. Jesteśmy nawzajem swoimi fanami. Zazwyczaj przesłaniem zajmuję się ja, dlatego, że wiem, że jestem normalny - jeśli mogę sprawić, by ludzie zrozumieli ból, z którym się zmagam, to może mogę im też pomóc inaczej spojrzeć na ich ból. Jesteśmy bardzo posępnym i pesymistycznym społeczeństwem, które kieruje się zasadą "i tak jedziemy drogą do piekła, więc możemy wykorzystać czas i się zabawić." Ja jednak jestem optymistą, czuję, że wypełnia mnie moc umysłu, muzyki i sztuki... To wszystko jest kręgosłupem naszego społeczeństwa, ale nie zdajemy sobie z tego sprawy, ponieważ obróciliśmy to w biznes. Robimy na tym kasę, ale to nie o to chodzi. Wspomniałeś o classic rocku, w latach 60. i 70. byli ludzie, którym o coś chodziło, rząd na nich uważał, pomagali ludziom być optymistami, choć były to bardzo pesymistyczne czasy. W latach 80. - nie chcę nikogo obrazić, bo wciąż muzyka z tamtych lat mnie inspiruje - nie było artystów, którzy wierzyli, że mogą zmienić świat. Teraz ludzie są tego głodni i wracają do tego w sztuce i muzyce, dlatego tak ważne jest dla nas, by dać im schronienie. Spędziłem trzy lata w wojsku i to otworzyło mi oczy na wiele spraw - myślę, że każdy z nas powinien być zrozumiany, zanim wyjdzie do ludzi i będzie mówił w co wierzy. Chcesz dać ludziom możliwość wysłuchania cię. Mówią, że nasz naród jest wolny, ale wciąż nie mogę uwierzyć w to jak bardzo jesteśmy zniewoleni. Jest w nas tyle samo poczucia wolności, co jej braku i ciężko nam dostrzec, że to tak naprawdę nasz wybór. Nie Kongresu, tylko nasz. Ludzie już w niego nie wierzą. Nie znajdują siły w sobie nawzajem tak jak to było w latach 60. i 70. Wtedy wierzyli, że jeśli się zjednoczą i będą razem pracować to są w stanie sobie pomóc. W tej chwili społeczeństwo jest bardzo pesymistyczne, depresyjne, chciałbym to ludziom uświadomić. Możemy to zrobić tworząc muzykę która jest szczera.
ME: Mówią, że w dzisiejszych czasach największą siłę oddziaływania ma rozrywka. Zgadzacie się z tym?
DC: Uważam, że tak nie powinno być, ale myślę, że rozrywka sama się krzywdzi. Jestem zdania, że artyści powinni ją uratować. Chodzi mi o fakt, że artysta musi polegać na kimś kto siedzi za biurkiem, kto równie dobrze mógłby mu pisać piosenki na płyty. Można chyba porównać zależność między rządem i Amerykanami, a wytwórniami i muzykami. Artyści nie czują już, że mogą zmienić ten biznes, a ludzie, że mogą zmienić kraj, a to nie prawda! Artyści muszą razem stanąć, żeby coś zmienić, a Amerykanie, muszą stanąć za tym, w co wierzą. Jeśli będziemy razem to zmienimy to wszystko. Przemysł rozrywkowy musi zrozumieć jaka spoczywa na nim odpowiedzialność, by robić rzeczy właściwe. Kiedy ich nie robią pogrążają artystów, a gdy artyści się pogrążają - pogrążają ludzi, gdy ludzie się pogrążają to przemysł rozrywkowy przestaje mieć rację bytu.
tłumaczenie: Marka, źródło - submersedrocks.com |