RECENZJA

powrót do głównej strony ARrecenzji
Recenzje od A do Z
Zobacz jakie jeszcze płyty zostały zrecenzowane przez Active Rocka

Kim są recenzenci??
Poznaj zaszczytne grono recenzentów. Dowiedz się kim są, co uwielbiają, a czego nie znoszą....

Active Rock Komis
Używane, oryginalne płyty sprowadzane ze Stanów. Pomożemy Wam je zdobyć...

Active Rock Lista
Aktualne notowanie Active Rock Listy. Jest to najlepsza strona nawigacyjna na activerock.prv.pl, znajdziecie tam przy utworach linki do mp3, oficjalnych stron, wywiadów, tekstów, wideoklipów, sylwetek na active-rock'u i ostatnich newsów...

powrót do głównej strony ARrecenzji
AUF DER MAUR
Auf Der Maur
original release date 02.02.2004
(official Site)
(Active Site)
(Auf Der Maur lyrics)
(E-card Auf Der Maur)



na skróty
część II - Zawartość muzyczna
01 - Lightning Is My Girl
02 - Followed The Waves
03 - Real, A Lie
04 - Head Unbound
05 - Taste You
06 - Beast of Honor
07 - I'll Be Anything You Want
08 - My Foggy Notion
09 - Would If I Could
10 - Overpower Thee
11 - Skin Receiver
12 - I Need I Want I Will
Co autor miał na myśli?
Ogólna ocena płyty
Statystyka



część I - Podobieństwa, z czym ci się kojarzy ta płyta?

jerzy - Zanim Melissa Auf Der Maur zaczęła solową karierę, była basistką w Hole i w Smashing Pumpkins (pod koniec ich działalności). Sporo z tego zostało w jej muzyce, chociaż album ma też sporo wspólnego z nową falą rocka (The Hives, The Vines, itp.).

sebastian - Coś z Queens Of The Stone Age, coś z Hole, coś ze Smashing Pumpkins.

zator(e)k - Od pierwszych momentów skojarzenie z jednym zespołem: The Cranberries, zwłaszcza z wcześniejszych dokonań. I bynajmniej nie dlatego, że za stronę wokalną w obu wypadkach odpowiadają kobiety. Chodzi mi raczej o ten sam kajnd kołysania (swingu) - wiem, że na pewno łapiecie o co mi biega. Po bliższym zapoznaniu znalazłem jeszcze kilka innych odnośników, na przykład Romuald Lipko czy Roxette, a dla starszych (od Seba J) słuszatieli np. The Beatlles (Abbey road), Queen, lub T Rex. Bardzo się mi spodobało, że płytę nagrano, z nielicznymi wyjątkami, praktycznie przy jednej nastawie metronomu, co daje szansę na przyklejenie się na prywatce do wybranego damskiego ciała na dłużej.

niedźwiedź zygmunt - Czy ex basistka Hole i Smashing Pumpkins mogła nagrać płytę w zupełnie innym stylu niż jej poprzednie zespoły? Pewnie tak, tylko po co? W przypadku Auf Der Maur najprostsze skojarzenia są najbardziej trafne. Jest to zdrowa kombinacja generalnie znanych klimatów, sporadycznie wzbogacana jakąś obcą nutą. Nic specjalnie zaskakującego. Ale czy to źle?


część II - Zawartość muzyczna

01 - Lightning Is My Girl

jerzy - nieco psychodeliczne intro, po którym zaczyna się rytmiczny, wpadający w ucho kawałek. Melissa oszczędnie podśpiewuje, chwilami na pograniczu recytacji - nie próbuje wyciskać ze swego głosu zbyt wiele, a jednak tworzy ciekawy nastrój. (7/10)

sebastian - Dosyć anemicznie rozpalający się utwór. Najbardziej przykuwa uwagę zaśpiewane niskim głosem 'one more time' i niestety tylko to z tego kawałka zostaje na dłużej. Dobrego refrenu - nie stwierdzono. (5/10)

zator(e)k - bardzo udatnie wybrana wejściówka, choć po prawdzie na płycie nie ma utworów słabych i każdy mógłby robić za Gaudeamus. Krótkie flażoletowo - syreniaste intro i wyjeżdżamy z szeptanym początkiem tekstu, a potem światła na full i parędziesiąt sekund dla perkusisty po czym wyłania się wokalista (najlepiej z innego wymiaru). To taka rozpiska na udany początek koncertu - a dalej bardzo fajne pogrywki gitarki, nakładane głosy i zróżnicowane umiejętnie rozkładane nastroje i rytmy. Bez darcia ryja bez forsingu, ale z głową. Każdy dźwięk jest tu ewidentnie przemyślany, co zapowiada naprawdę fascynujący rozwój wydarzeń. (9/10)

niedźwiedź zygmunt - Wokal Melissy. Tylko tyle dobrego można powiedzieć o tracku otwierającym ten album. Przekombinowane intro i outro najwyraźniej wzięte z wysypiska muzycznych odpadów. W środku wcale nie jest lepiej - pełno chaosu, poszczególne części utworu wzięte z zupełnie innych bajek i ogólne wrażenie, że zespół dopiero się stroi. Prawdziwym majstersztykiem jest refren, który każe się zastanowić nad własną orientacją muzyczną (tudzież jakąkolwiek inną). Z kulinarnych skojarzeń - "Lightning is My Girl" przypomina porcję frytek pływającą w majonezie. Makabra. Ale ten wokal... (3/10)

02 - Followed the Waves

jerzy - Dzięki temu kawałkowi dowiedziałem się o całym albumie Auf Der Maur. Cięższy i bardziej złożony od poprzedniego. Znakomita perkusja i charakterystyczny riff, oryginalna melodia, niebanalne brzmienie wokalu i chórków. Bardzo dobry kawałek. (9/10)

sebastian - Zaśpiew w intrze to coś czym Melissa mogłaby powalać nas w refrenach. Gitary ciężkie, sekcja rytmiczna przytłaczająca, znów jest anemicznie, ale tym razem jest i dobry refren i dobre zwrotki i wszystko razem do kupy wzięte potrafi rozbujać. (8/10)

zator(e)k - jeden z moich ulubionych kawałków na płycie - początek autentyczna rozkosz, najpierw "góralski" zaśpiew ala Cranberries, później jakieś takie "zmielone" w dziwnym Cubase'ie metalizowane gitarkowe tremola, potem odpalany pod spodem bass Fender ? (rodem z Purpli albo AC/DC) jakby ktoś odpalał Harleya a wreszcie wyrąbisty drums (Harley na drugim biegu ?) i w końcu cała machina idzie równo jak młockarnia. A potem już standardowo, żeby nie było zbyt monotonnie , właściwie stopniowane nastroje, wyciszenia (a właściwe wyłączenia grup instrumentów), chórki, synkopki i tym podobne wynalazki. Naprawdę kawał świetnej pracy aranżera. (10/10)

niedźwiedź zygmunt - Wokal Melissy. Tym razem jednak nie w roli koła ratunkowego dla czegoś wyciąganego z szamba, ale jako solidny rdzeń, wokół którego zbudowano naprawdę dobry utwór. Dynamiczny, melodyjny i bardzo szybko zapadający w pamięć. Intro to po prostu dzieło sztuki. Schabowy z frytkami. Teletubisie mówią: git. (8/10)

03 - Real A Lie

jerzy - O ile zwrotki nie są szczególnie wciągające, o tyle refren bardzo łatwo zapada w pamięć. Całość jest dynamiczna, ma dobry rytm i to "coś" w sobie, co sprawia, że przyjemnie się słucha. A jeśli ktoś się zmęczył słuchaniem, to może odpocząć w końcówce. (7.5/10)

sebastian - No i wreszcie coś przy czym można "poskakać". Żywiej się zrobiło. Silną stroną tego kawałka jest jego melodyjność, z pewnością po kilku przesłuchaniach od końcowego tududududududu nie będziecie mogli się uwolnić. (9/10)

zator(e)k - ciąg dalszy poprzedniego kawałka, rytmicznie i melodycznie, brat bliźniak. Jakby się kto zagapił może nie zauważyć, że to już inna bajka. Muzycznie podobnie udany, rewelacyjny pomysł na modłę lat 60 w końcówce - cukiereczek: doo doo doo doo itd. (9.5/10)

niedźwiedź zygmunt - Kulinarnie - "Real, A Lie" jest jak pizza wegetariańska: grzybki, warzywka, kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki. Wszystko fajnie, tylko gdzie jest mięso? Ten kawałek po prostu nudzi, przez dwieście sześćdziesiąt dwie sekundy sprzedając w kółko jeden motyw. Ot, taka papka bez wyrazu. I gdyby nie ten wokal...(5/10)

04 - Head Unbound

jerzy - ten kawałek doskonale by pasował do repertuaru Depeche Mode w ich najlepszych czasach. Można by niemal z marszu wstawić w miejsce wokalu Melissy śpiew Dave'a Gahana. Wyraźny, niespieszny rytm, dyskretnie podkreślony gitarą. Całość wywołuje ten sam specyficzny nastrój. (7.5/10)

sebastian - Kawałek ma genialne intro. Tłumione gitarki w stylu 'Every Breath I Take' - Stinga, tworzą z wokalem Melissy cudowny klimat. Wciągające i hipnotyzujące. (8.5/10)

zator(e)k - kolejna znakomita "kołysanka" jeszcze bardziej rozbujana niż poprzednie, choć wokal nabiera momentami pewnego dramatyzmu. Początek żywcem wyjęty z Every breath you take, ale dalej lepszy od Stinga melodycznie - bez tego pretensjonalnie euforycznego refrenowania. W zamian mamy dużo "łamanych" harmonii i jak zwykle ciekawe gitarki. (9.5/10)

niedźwiedź zygmunt - Spokojny, stonowany i taki jakiś... ciepły. Powoli, a gracją formuje jakieś fantazyjne i nieuchwytne obrazy gdzieś na granicy percepcji, niczym obłok dymu papierosowego wypuszczony w dusznym pomieszczeniu. Melissa swoim mięciutkim głosem sączy wprost do ucha dźwięki wprowadzające w nastrój błogości i radosnego rozleniwienia, zaś reszta zespołu robi wszystko, żeby zintensyfikować te doznania. Oto utwór, przy którym można po prostu położyć się na ziemi i na luzie podziwiać chmury zaiwaniające po niebie. (8/10)

05 - Taste You

jerzy - klasyczna, mało skomplikowana piosenka z przyjemnym refrenem. Trochę kojarzy się z U2, z czasów "New Year's Day". I w zasadzie tyle można o niej powiedzieć. (6/10)

sebastian - Porządna balladowa kompozycja, tworząca bukiet miłych dla ucha dźwięków, obficie nasączony melodią. Sheryl Crow nie powstydziłaby się tego kawałka w swoim repertuarze. (8/10)

zator(e)k - kontynuacja poprzedniej kołysanki, tyle że tym razem Melissa postawiła na melodyjny refren- tyz piknie. Początek tym razem żywcem wyjęty z Nie wierz nigdy kobiecie (z czasów gdy w Bootce gitarował Borysewicz), tylko gdzie i kiedy ona mogła to słyszeć ??? Chyba gdy była mała a Bootka robiła tourne po Kanadzie - tak się wówczas nazywało wyjazdy do polonijnych domów kultury za oceanem w celu zarobienia na porządną gitarę. Generalnie jednak bardziej popowy kawałek (roxiasty trochę taki) - tylko 8,5 (połówka za znów piękne gitary) (8.5/10)

niedźwiedź zygmunt - Piękne intro z Melissą delikatnie wyśpiewującą wersy głosem zawierającym hurtowe ilości aksamitu wprowadza organizm w stan podobny chyba tylko do tego, jaki następuje po sutym i smacznym posiłku. Taka tendencja utrzymuje się przez cały verse, podczas którego palce same zaczynają bębnić rytm na bauchu, a oczy wędrują ku zaiwaniającym chmurom. Niestety, z chwilą nadejścia trochę przestrzelonego chorusa idylliczny klimat zostaje zadeptany źle dobranymi riffami i kilkoma zbędnymi zabiegami (takimi jak np. pianino, które moim zdaniem można było pominąć). Mieszane uczucia utrzymują się do samego końca, a z chwilą zamilknięcia ostatnich dźwięków piątego tracku człowiek zadaje sobie pytanie: "o czym to właściwie do [prostytutki biedy] było"? "Taste You" ma swoje wzloty, ale generalnie słuchanie go przypomina konsumpcję parówek na zimno. Jasne, można to zjeść. Tylko czy nie lepiej wszamać coś na ciepło? (6/10)

06 - Beast of Honor

jerzy - ten kawałek jakoś nie zapada tak mocno w pamięć jak wcześniejsze. Nie drażni, ale też nie wciąga. Brakuje mu spójności i chociaż ma ciekawe momenty, nic z tego nie wynika. (4.5/10)

sebastian - Anemiczne, na swój sposób przyciągające, ale zamiast wywoływać emocji nudzi. (4.5/10)

zator(e)k - początkowo brzmi to jak przedłużenie dansingowo-popowego nastroju w jaki wprowadził nas poprzedni numerek, ale gdzieś tak od połowy cuś zaczyna w tym się łamać i nie stykać. Kończymy z melodyjnym śpiewactwem wkradają się melorecytacje na tle "wyprostowanego" i powtórnie chaotycznie zagęszczanego podkładu, z którego wyłania się na chwilę melodyjny refren w końcówce dobitnie "sklepany" gitarowym riffem. (9/10)

niedźwiedź zygmunt - Łodafak? Nirvana? Nołei, dżas noł bladi łei… Takie były moje pierwsze wrażenia po włączeniu "Beast Of Honor". Przetrwały trochę tylko dłużej niż bańka mydlana podczas nawałnicy, gdyż wokal dosyć skutecznie naprowadza na właściwą ścieżkę i utwierdza w przekonaniu, że to jednak Auf Der Maur. Zresztą nie tylko on - zaraz po wstępie stylistyka Cobain'owa idzie precz, pojawiając się później w rolach epizodycznych. Co zostaje? Nieco szybszy i mroczniejszy niż dwa poprzednie, całkiem zgrabnie zagrany kawałek, który można z czystym sumieniem polecić fanom Kurta. Bez rewelacji, ale z jajem. No i ten wokal... (7/10)

07 - I'll Be Anything You Want

jerzy - słuchając tego utworu nie sposób uniknąć skojarzenia z "No One Knows" i innymi "piosenkami dla głuchych" grupy Queens of the Stone Age. Ma swój styl. (7/10)

sebastian - W tej słodkiej muzyczce jest coś z 'Rodziny Adamsów'. Refren z przykopem, ale po entym przesłuchaniu irytuje. Lirycznie natomiast jest ślicznie. Oh...love is fun. (5/10)

zator(e)k - nadal utrzymujemy się w klimatach z serii cała sala śpiewa z nami - refren stanowi ewidentną dominantę, choć początkowe love is fun brzmi przekonywująco a muzycznie przypomina lover boy z dnia na wyścigach queen. Dalej równo i solidnie od strony wykonawczej, fajnie rozwiązane wokale we "wzrotkach" i bardzo przyjemne zakończenie na wydechu. (9/10)

niedźwiedź zygmunt - Queens Of The Stone Age? Foo Fighters? O tak. Nawet bardzo. Ciężko innymi terminami opisać, czym jest "I'll Be Anything You Want", więc dodam tylko, że wyszło dobrze. Nawet bardzo. (8/10)

08 - My Foggy Notion

jerzy - bardzo "nowofalowy" kawałek, w który wplątany jest ciekawy, nieco egzotycznie brzmiący motyw. Nie jest to nic wielkiego, ale ma punkt zaczepienia dla ucha i trzyma się kupy. (5.5/10)

sebastian - Ten utwór składa się właściwie z jednego prostego, ale dobrego riffu, kilku wstawek upiększających ten riff i refrenu z arabską melodyką. Do tego oczywiście anemiczne zaśpiewy Melissy i w rezultacie mamy kolejny utwór, który rozmagnesowuje się po entym przesłuchaniu. (5.5/10)

zator(e)k - powrót do trochę twardszego grania - kąśliwe riffy pod spodem - duże pokrewieństwo z pierwszy kawałkiem, a ponadto piękne interludium fortepianowo basowe i powrót wokalny do poetyki ala Cranberries. Psychodeliczna końcówka - pyszna (9.5/10)

niedźwiedź zygmunt - Kawałek w sumie banalny, który został ostro przekombinowany, wskutek czego jest zaledwie przyswajalny. Razi fakt, że chwilami (zwłaszcza w refrenie) do uszu dociera właściwie przypadkowa zbieranina dźwięków. Bez tych wszystkich udziwniaczy "My Foggy Notion" mógłby być całkiem ciekawy. W takiej wersji niestety nie jest. To tak, jakby na talerz ze schabowym i dobrze posolonymi ziemniakami wrzucić kilka liści sałaty, ze trzy pomidory i może jeszcze jakieś grzyby. No kto to zje? (4/10)

09 - Would If I Could

jerzy - coś z innej beczki. Byłaby to lekka pioseneczka w stylu Sixpence None The Richer, ale jakoś ciążą jej przesterowane gitary i efekt jest dosyć szczególny. Melissa śpiewa wyjątkowo słodko. (5.5/10)

sebastian - Intro jak ze Smashing Pumpkins, a w zwrotkach to już plagiat Hole - 'Malibu'. Przyzwyczajony do refrenów posiadających jakiś pałer, po raz kolejny ponoszę klęskę. Ten refrenik w zasadzie brzmi jak chórki - Melissa! DAJ WIĘCEJ Z SIEBIE!!! (4/10)

zator(e)k - gdyby ten kawałek został wymyślony przez Lennona, to dzisiaj należałby do kanonu rocka lat 60. Bardzo bardzo smakowite. (10/10)

niedźwiedź zygmunt - Lekkostrawna, bardzo pozytywnie naładowana balladka bez jakichś wybujałych ambicji. Słucha się całkiem dobrze. Niemniej warto wspomnieć o dwóch rzeczach:
- chwilami jest nudno
- główny motyw kawałka jest w pewnym momencie nieprzyzwoicie długo zapętlony (9/10)

10 - Overpower Thee

jerzy - i znów zmiana: ballada przy akompaniamencie fortepianu, pasująca do zadymionego lokalu w złej dzielnicy Chicago. Zaśpiewana jakby nieco "obok" melodii, mocno wyróżnia się na tle całego albumu. (7.5/10)

sebastian - Where have all the guitars gone? Pianinko i głos Melissy po piątej kawie, brzmi bardzo interesująco. Ma to jakiś magnes w sobie. (8/10)

zator(e)k - muj noomer 1 - zakochałem się w tym kawałku od pierwszego wsłuchania. Genialny aranż, a właściwie jego brak i rewelacyjny niemal joplinowski wokal. Czapki z głów. Zabrakło mi skali dlatego tylko (10/10)

niedźwiedź zygmunt - Doobree! Nie należę do ludzi szalejących na punkcie brzmienia fortepianu, ale taka powolna, monotonna gra, połączona ze wspaniałym wokalem Melissy nadają "Overpower Three" niesamowity klimat, jakby prosto z międzywojennych piosenek kabaretowych. Oczyma wyobraźni widać po prostu pianistę we fraku z niewzruszoną miną i rudowłosego, skąpanego w świetle reflektora anioła w błyszczącej sukni, wyszeptującego słowa do mikrofonu. Piękne. (8/10)

11 - Skin Receiver

jerzy - klasyczny rytm "patataj, patataj", a na nim trochę zakręcony kawałek z powrzucanymi różnymi efektami dźwiękowymi. Trudno odmówić tej mieszance oryginalności, chociaż to coś głównie dla miłośników eksperymentów. (6.5/10)

sebastian - Ten koń na początku i rytmika galopujących kopyt jakoś dziwnie mi się skojarzyła z Tiną Turner (pamiętacie ten jej koński teledysk?). Bardzo ciekawy kawałek z wystarczającym stężeniem haczyków, by potrafił się wbić w ucho. Dla niektórych jednak, po pewnym czasie może się okazać irytujący.(7/10)

zator(e)k - i znów jakieś lata 60, intro niczym The Shadows, galopujące konie z Apaczami w tle. Potem nastrojem przypomina Riders of the storm tylko wokal jakby nie dorasta (tylko tym razem) - to chyba kawałek pomyślany jako rozgrzewacz przed finałem (można uczynić kolisko i pohedbangować) albo zgrabny bonus na bis. Skoczny i radosny ale dość monotonny - o fajnych gitarkach nie wspomnę, bo jak zwykle trzymią klasę. (8.5/10)

niedźwiedź zygmunt - Szybkie, dynamiczne, ciekawie zagrane. Niestety, nie porywa. Od kuchni: schabowy z mikrofali (5/10)

12 - I Need I Want I Will

jerzy - Recytowane przy monotonnej melodii zwrotki i podobnie monotonny refren wywołują psychodeliczne wrażenie. Nakładają się i przeplatają tak, że całość łatwo wciąga coraz głębiej i głębiej. Chciałoby się tylko, żeby kawałek był nieco dłuższy. (Po tym utworze znajdziecie ukryty track) (9.5/10)

sebastian - Skończyły się chyba pomysły na linie wokalne i cały czas w tym utworze wałkuje się to samo.(4/10)

zator(e)k - kolejny mój ulubieniec i skromnym zdaniem recenzenta faworyt do królowania na listach przebojów. Starannie przemyślana decyzja aby świetną płytę zamknąć naprawdę mocnym akcentem. Perełka. (10/10)

niedźwiedź zygmunt - Już tak mam, że na ośmiominutowe molochy patrzę równie przychylnym okiem, co na perspektywę lewatywy. Do ostatniego tracku na albumie podszedłem więc jak pies do jeża, obawiając się kolejnego niemiłosiernie rozwłóczonego kawałka. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że właściwy "I Need I Want I Will" trwa około minut trzech, cała reszta zaś to niczym niezmącona cisza, przez ostatnie sześćdziesiąt kilka sekund zmącona jakimiś nieartykułowanymi wrzaskami. Z molocha zatem nici, ale to co zostało nie jest jakimś wybitnym dziełem. Ostatni utwór nudzi i nie wywołuje uczuć głębszych, niż chęć otwarcia następnego piwa. Właściwie nie wywołuje nic. Po prostu sobie jest. (6/10)

część III - Zawartość liryczna. Co autor miał na myśli?

jerzy - Najprościej mówiąc album zawiera głównie piosenki o miłości. Na szczęście teksty są raczej niebanalne. "I Need I Want I Will" jest opisem snu, który pchnął Melissę do związania życia z muzyką.

sebastian - Temat główny - doświadczenia z facetami. W większości przypadków doświadczenia te wcale nie były miłe, (co jest w sumie całkiem zrozumiałe, ciągłe życie w trasie nie stwarza warunków do uciśniania więzi interpersonalnych). Na albumie przeważają uczucia nostalgii, tęsknoty za czymś co już minęło, i za czymś czego nigdy nie było.

zator(e)k - Tym razem krótko: takie typowe, jak mówią w Poznaniu, babskie blubry. Bardzo zgrabne tekściki, podszyte żądzami i uczuciami. Kasia Kowalska po angielsku.

niedźwiedź zygmunt - Tematyka większości tekstów oscyluje wokół relacji damsko - męskich, widzianych z różnych perspektyw (dojrzałej kobiety, kobiety dojrzałej trochę mniej, kobiety dojrzałej jeszcze mniej), ale znajdzie się tu także lekka nutka abstrakcji. I w sumie tyle.

część IV - Ogólna ocena płyty

jerzy - Trudno jednoznacznie ocenić ten album. Nie jest on słaby, chociaż był ostro krytykowany. Nie jest też w żadnym punkcie szczególnie wybitny. Na dłuższą metę jego intensywne brzmienie może być męczące. A jednak do utworów Auf Der Maur chce się wracać - niekoniecznie słuchając albumu "od deski do deski", ale wrażenia z niego są na tyle intrygujące, że warto je sobie czasami odświeżyć. (7/10)

sebastian - Płyta Melissy Auf Der Maur to taki muzyczny tort z wisienkami na wierzchu, a z mdławym kremem w środku. Muzyka trzyma poziom i nie sprzedaje nam melodii na siłę, to wielki plus tego wydawnictwa - jego szczerość. Tak, Melissa jest z nami szczera, zabiera nas w podróż po swoich muzycznych inspiracjach, do których z pewnością zaliczają się Hole, Smashing Pumpkins i Queens Of The Stone Age. Jest to podróż ciekawa, bo inna, ale mdława, bo mało emocjonująca. To raczej płyta dla tych, którzy słuchając muzyki wolą wygodnie siedzieć w fotelu z kapciami na sofie, niż rozwalać łeb o ścianę. I ci najbardziej docenią to wydawnictwo jako rodzaj muzyki relaksującej. Mi najbardziej brakuje na tym albumie emocjonalnej dynamiki. Zapis moich emocji przy słuchaniu tego krążka zbyt często pokazuje prostą linię.(6/10)

zator(e)k - Auf der Maur to bardzo udana "produkcja", bo w tej kategorii, vide Robin Wiliams czy Oasis, należy rozważać przedstawiony materiał, rezerwując "artystyczne dokonania" dla takich indywiduów jak choćby Bjork, czy Tom Waits. Kiedy dowiedziałem się, że producentem krążka będzie facecik z Queens of StoneAge przestraszyłem się nieco, nie jestem bowiem entuzjastą tego z lekka psychodelicznego, niby Zappasowego, rocka. Jednakowoż mile się rozczarowałem - Melissa potrafiła narzucić swój styl, wykorzystując jedynie z QoSA to co w nich, przynajmniej dla mnie, najlepsze tzn. aranże gitarowe i sample w podkładach. W efekcie powstała naprawdę świetna płytka, w przedzialiku p.t. softrock absolutny hicior, i murowany kandydat do jakichś tam ełorduff, choćby w kategorii debiuty czy cuś w tym stylu. Słuchanie Mellisy jest jak wcinanie solonych orzeszków, albo łuskanej dyni: im dłużej tym trudniej się oderwać. Gorąco polecam. (9.5/10)

niedźwiedź zygmunt - Podstawowym atutem Melissy Auf Der Maur jest jej świetny wokal - niski, miękki i o niebo bardziej przyjemny dla ucha niż na przykład głos Courtney "Well shit in my mouth and call me your sister" Love. Poza tym nie brakuje naprawdę dobrych utworów, które dosyć długo powinny gościć na domowych playlistach. Jasne, są zespoły, które ten rodzaj muzyki uprawiają lepiej i są lepsze płyty, ale na "Auf Der Maur" naprawdę nie ma co żydzić zaskórniaków. To po prostu dobra płyta. (7/10)

Zobacz statystykę tej recenzji