RECENZJA
|
powrót do głównej strony ARrecenzji
Recenzje od A do Z Zobacz jakie jeszcze płyty zostały zrecenzowane przez Active Rocka Kim są recenzenci?? Poznaj zaszczytne grono recenzentów. Dowiedz się kim są, co uwielbiają, a czego nie znoszą.... Active Rock Lista Aktualne notowanie Active Rock Listy! powrót do głównej strony ARrecenzji |
MAMMALThe Majority original release date 30.08.2008 (MySpace) (Buy @ Fan.pl) na skróty część II - Zawartość muzyczna 01 - The Aural Underground 02 - Smash the Pinata 03 - Bending Rules 04 - The Majority 05 - Mr Devil 06 - Religion 07 - Clear Enough? 08 - Burn Out 09 - Hollywood Shrine 10 - Zero Infinity 11 - Living In Sin 12 - bonus Co autor miał na myśli? Ogólna ocena płyty część I - Podobieństwa, z czym ci się kojarzy ta płyta? paweł derwiński - Gdybyśmy chcieli rozebrać puzzle o nazwie "Majority" na czynniki pierwsze to elementów układanki byłoby naprawdę sporo. Są tu pewne środki wyrazu charakterystyczne dla alternatywnej sceny Los Angeles z lat 80-tych (Fishbone, Red Hot Chili Peppers, Jane's Addiction) sporo klimatu pierwszej połowy lat 90-tych (zwłaszcza Faith No More), jak również brzmień kojarzonych ze schyłkiem wspomnianej dekady (przede wszystkim Incubus z okresu "S.C.I.E.N.C.E"). Zabawne jest jednak to, że jeśli musiałbym wytypować zespół, który jest według mnie najbardziej podobny do Mammala, to zostałbym na naszym podwórku i wskazał na rodzimą Comę - chociaż wzajemne wpływy są raczej mało prawdopodobne. projan - The Majority leży gdzieś pomiędzy Red Hot Chili Peppers a późniejszym Pearl Jam. Mammal jest bardziej beztroski niż Pearl Jam i jednocześnie bardziej klimatyczny niż RHCP. Dorzucając do tego funkująco - soulowe fragmenty w stylu Jamesa Browna i rewolucyjne zapędy Rage Against the Machine wychodzi taki poligamiczny mariaż, którego podsumuję dwoma słowami: funkujący rock. część II - Zawartość muzyczna 01 - The Aural Underground paweł derwiński - Uroczy początek - trochę funku, sporo hard rocka. Bardzo "aktywny" kawałek, posiadający "pozytywny" wykop. Świetna rzecz na imprezy - nawet Ci, którzy nie przepadają za gitarowym łojeniem, powinni poddać się "mammalowej" rytmice, która swoją drogą jest asem atutowym całego "Majority". (7/10) projan - Utwór, w którym Mammal przedstawia się. Mówi o tym tekst, a i muzyka dość dobrze oddaje to, co na płycie dominuje. Żaden z tego underground. Dość klasyczny rockowy kawałek. Można pokiwać głową w takt, ale emocji nie wzbudzi.(5/10) 02 - Smash the Pinata paweł derwiński - To już waga ciężka. Ezekiel Ox zabawia się tu w klimatyczną melorecytację ala Henry Rollins i idzie mu to wyśmienicie. Słowa uznania również dla gitarzysty Peta Williamsona, który chociaż odwala fenomenalną robotę, to nie narzuca się i zachwyca subtelnością. Pierwsze skrzypce gra jednak sekcja rytmiczna - oj, dają chłopaki radę. Piękna wizytówka albumu. (9/10) projan - Mój ulubiony kawałek. Jest nastrój, są pomysły, jest energia (nieco później, bardzo w stylu Rage Against The Machine), są emocje, jest szaleństwo, są ciary.. (10/10) 03 - Bending Rules paweł derwiński - Kawałek, który doprowadza mnie do szewskiej pasji... Nie, nie jest tak zły. Jest w porządku. Tylko baaaardzo mi coś przypomina, a za cholerę nie jestem sobie w stanie przypomnieć co. Jest tu coś ze Stone Temple Pilots... sam nie wiem. Grrr... Już lepiej chodźmy dalej... (6/10) projan - No kurczę, jakoś nie przekonuje mnie ta piosenka. Nie dość, że mocno schematyczna, to niemelodyjna (choć rzadko stawiam ten argument jako zarzut). I nawet specjalne wstawki nie niwelują tego odczucia pustki. Mam wrażenie, że wyszło coś, co chciałoby być czymś innym.(4/10) 04 - The Majority paweł derwiński - Utwór tytułowy to taka "pulsująca bomba". Brzmi to trochę tak, jakby wzięli patent ze"Smash The Pinata", zarzucili "speeda" i odjechali. Środek ciężkości przesunięty jest tym samym w stronę czadowego tempa i zwierzęcej energii. Ezekiel jest jak wulkan - rapuje, zakrzykuje, a jak śpiewa, to też z prawdziwym zacięciem. To z pewnością koncertowa perełka. (8/10) projan - Czy to tutaj miały sięgać odnogi singlowego "Nagasaki in flames"? Taką daleką drogę miały do przebycia, że po drodze uschły. Fajna (choć nie odkrywcza) perka nie wystarczy. Mam wrażenie, że zespół bawi się przy tym kawałku nieźle, ale ja dość przeciętnie. (5/10) 05 - Mr Devil paweł derwiński - Mammal odkrywają nam swoje drugie oblicze - delikatne, momentami wręcz zmysłowe. Co istotne, udowadniają, że ich muzyczne horyzonty są bardzo szerokie, a ciężkie, rockowe granie, to nie jedyne środowisko, w którym czują się na swoim miejscu. Dobrze zatem, że taki utwór jak "Mr Devil" znalazł się na tej płycie. Muszę jednak zaznaczyć, że są na tym albumie kawałki, do których wracam zdecydowanie chętniej. (7/10) projan - Funk, w którym dzieje się bardzo mało. Żadnych diabelskich dźwięków. Żadnych ciekawych wykrętów. Nawet melodia nie porywa. Takie sobie. (4/10) 06 - Religion paweł derwiński - To jedna z tych kompozycji, która powinna spodobać się fanom grunge'u, czy może raczej post-grunge'u, bo momentami "Religion" brzmi jak zaginione dzieło zespołu Creed (z ich najlepszego okresu). Melodyjny, a zarazem masywny numer, ze świetną partią gitary. (7.5/10) projan - Od początku jest klimat, ale czekam na więcej i około połowy utworu solówka wprowadza w końcu to, co chciałem usłyszeć od "Smash the pinata". Nareszcie trochę ciężkości w odczuwaniu. Mogło być jej nieco więcej, ale to dobry kierunek. Trzymajcie się wiary chłopaki. ;) (7.5/10) 07 - Clear Enough? paweł derwiński - Oto jak prezentuje się prawidłowo rozwinięty ssak, który w okresie godowym chce zaprezentować się wybranej przez siebie samicy. Muzycznie jest to powrót w okolice "Smash The Pinata" i utworu tytułowego. Nie ustępuje im również poziomem. Do tego jest w nim coś nienazwanego, pozamuzycznego, co włazi pod skórę i wgryza się w żyły. (9/10) projan - I energia, i klimat. Kawałek naładowany emocjami, które się doskonale odczuwa jako odbiorca tych dźwięków. Właśnie z takiej strony chciałbym poznawać Mammal. Do pełnej dziesiątki potrzebuję nieco więcej nowych patentów, ale to JA ich potrzebuję, piosence niczego nie trzeba. (9.5/10) 08 - Burn Out paweł derwiński - Wyobraźmy sobie, że Clawfinger powstał na przełomie lat 60-tych i 70-tych i został wciągnięty w tryby legendarnej wytwórni Motown. Abstrakcja? Pewnie. Nie mniej jednak pozwala w pewnym stopniu oddać to, co wyczyniają chłopaki z Mammal w opisywanym utworze. (7/10) projan - Skojarzenia nieodparcie ciągną ku "We will rock you" Queen, ale może właśnie tak miało być. Niestety najciekawszą stroną tego kawałka jest ta właśnie przynosząca skojarzenia lekko rapowana zwrotka, a poza tym jest jakoś po prostu nudno. Może i jest kołysząco, ale wydaje mi się, że ich sesje jamowe są ciekawsze. (3.5/10) 09 - Hollywood Shrine paweł derwiński - Najlepszy refren na płycie. Chociaż czy jest to rzecz, która mogłaby podbijać stacje radiowe? Raczej nie, bo to wciąż taki "mammalowy łamaniec". Cóż, źle to świadczy jedynie o współczesnych stacjach radiowych. (9/10) projan - Dobry, mocny kawałek. Mocny w sensie siły oddziaływania, bo mocniej muzycznie zaczyna być dopiero przy refrenie. Dość równo, ale naprawdę klimatycznie. (8/10) 10 - Zero Infinity paweł derwiński - Etniczne brzmienia, wzbogacone gitarami i kilkoma "kosmicznymi" dźwiękami. Hmm... jakaś zaginiona, instrumentalna miniaturka Soulfly'a? Z pewnością Max by się nie powstydził. Dzięki tego typu "drobiazgom" płyty nabierają smaku - wielu o tym zapomina, ale nie Mammal. (8/10) projan - Utwór instrumentalny, w którym chłopcy z Mammal chcieli pokazać, jak ich rodzime didgeridoo może współbrzmieć z przesterowaną gitarą. Utwór raczej transowy niż kombinacyjny i jako taki sprawdza się całkiem nieźle. (7/10) 11 - Living In Sin paweł derwiński - To miało chyba być takie zakończenie "z rozmachem" - uduchowiona pieśń. "Living In Sin" to niby ładny utwór, ale brakuje mi jednak tego "pazura" obecnego w ich innych kawałkach. (6.5/10) projan - Od początku pachnie emocjami, a klimat zdaje się gęstnieć. Do tego świetna melodia refrenu i mamy to, co lubię najbardziej - przygniatającą atmosferę i jednocześnie dużą przebojowość. Warta grzechu. (9.5/10) 12 - bonus paweł derwiński - No i jeszcze niespodzianka - utwór ukryty. Ja lubię takie smaczki, ale nie ma co poddawać wszystkiego ocenie - wyciszmy się razem ze spokojnym (tym razem) głosem Ezekiela Oxa. projan - Pod koniec "Living in sin", po krótkiej ciszy, coś jeszcze schowano. Spokojna gitara i wokal w otulinie bitu perkusyjnego. Słucha się dobrze, ale dość obojętnie. (6.5/10) część III - Zawartość liryczna. Co autor miał na myśli? paweł derwiński - Coś jest w tych tekstach. Pewien brak pokory. Bunt. Poszukiwanie. I to nie na zasadzie wyświechtanych, rockowych sloganów. Ezekiel umie uderzyć bardzo mocno, jak chociażby w "Clear Enough?" ("Never good enough, never found love, left at home with your dick in your hand (...) As you look at the perfection that you'll never have."). Obsceniczny? Raczej naturalistyczny - wyciągający na wierzch pewne gorzkie, współczesne prawdy. Mammal nie rzucają na lewo i prawo wzniosłymi hasłami, ale zdarzają się chwile, że poza miażdżącą krytyką społecznej hipokryzji i głupoty, próbują oddziaływać na słuchaczy w sposób pozytywny ("So fuck the ignorance, cause we are all humanity"). Są zaangażowani, ale zarazem nie są nawiedzeni. Mocno stąpają po ziemi. A co najważniejsze, łączą niebanalną treść z ciekawą formą, bo budowa i brzmienie kolejnych wersów wydają się być tu sprawą podstawową. Podsumowując - za podejście do warstwy lirycznej dałbym im bardzo wysoką notę (gdyby podlegało to punktacji). projan - Tekstu dużo i to tekstu z przesłaniem. Psioczenie na system, na wyższą klasę i konsumpcyjny tryb życia, szukanie furtki oddechu dla artysty z dala od zaduchu robienia kasy, chęć znalezienia w sobie siły do podniesienia głowy, itp. Napisane to wszystko zrozumiale, a jednocześnie oryginalnie. Za teksty 10/10. "Have I painted a portrait or picture that's clear enough?". Zdecydowanie tak. część IV - Ogólna ocena płyty paweł derwiński - Australijska scena alternatywna? Że co?! Co ciekawego, na Boga, może zdarzyć się na antypodach? Ok - stworzyli AC/DC, Midnight Oil i INXS. Wykazali się w nurcie "indie" przynosząc nam The Jet, The Vines i Wolfmother. A... no i wielki Nick Cave pochodzi z Australii. Hmm... John Butler też. Zaraz, zaraz... a Buffalo? No dobra - Australia ma bogate, rockowe tradycje. Faktem jest jednak, że ostatnie miesiące pozwoliły mi odkryć "krainę Krokodyla Dundee" na nowo. Najpierw wpadła mi w ręce doskonała EP-ka Dead Letter Circus, a zaraz potem właśnie "Majority" Mammala. O DLC nie wspominam przypadkowo - to, że poznawałem twórczość tych zespołów niemal równocześnie sprawiło, że zwyczajnie nie mogłem nie porównywać ich ze sobą. No i w konfrontacji takiej Mammal wypada jednak nieco słabiej. Nie mają tak dobrych melodii, nie znajdziemy tu aż takiego natłoku pomysłów i tak równego poziomu kompozycji. Ale wiecie co... to i tak jedna z najlepszych rzeczy jakie słyszałem w tym roku. Już wcześniej wychwalałem instrumentalistów, jednak pomimo wielkiego talentu, nic by nie zrobili bez Ezekiela Oxa. Facet ma barwę głosu, która niezwykle mi "podchodzi" (chwilami nieco jak Ian Gillan z okresu "Purpendicular" - takie porównanie, to chyba najlepsza pochwała). Do tego panuje nad każdym wyrzucanym z siebie dźwiękiem i ma rewelacyjny "flow" i charyzmę. Co do samej zawartości albumu, to trzeba podkreślić, że pomimo różnorodności materiału i wielu zamieszczonych tu "smaczków", nie traci on na spójności. Mammal z łatwością łączą współczesność z duchem poprzedniej dekady, co sprawi, że Ci, którzy jakieś 15 lat temu zasłuchiwali się w amerykańskie granie, będą zachwyceni, a przy okazji nie będą mieli wrażenia, że wszystko to już słyszeli. Przy wystawianiu ostatecznej oceny postanowiłem pozostawić sobie pewien bufor, ponieważ mam wrażenie, że chociaż "Majority" to bardzo dobra płyta, to stać ich na jeszcze więcej. Ja natomiast z pewnością będę obserwował ich rozwój. (8/10) projan - Zanim zabrałem się za płytę wysłuchałem dwóch utworów Mammal, które spowodowały, że oczekiwałem, że płyta będzie wypadkową czegoś tak energetycznego, jak "Nagasaki in Flames" i klimatycznego, jak "Smash the Pinata". Niestety okazało się po raz wtóry, że nie ma nic gorszego niż wygórowane oczekiwania. Choćby utwór/film/książka, były naprawdę niezłe, potrafią stracić na jakości tylko przez nastawienie. Najtrudniejszym zadaniem jest wtedy zabicie w sobie tego uczucia, by z czystym umysłem móc spojrzeć na przedmiot owego nastawienia. Najlepszym sposobem na zrobienie tego, jest ponowne podejście (najtrudniej jest z książką;), więc jak już "popodchodziłem" sobie kilka razy do The Majority okazało się, że... zarzuty podtrzymuję. Ale po kolei. Co spowodowało moje rozczarowanie? Przede wszystkim brak tej energetycznej jazdy, którą nie dość, że słyszałem w "Nagasaki in Flames" to widziałem (w Internecie) podczas występów na żywo. Owszem, bywa żywiołowo, ale nie udało się w pełni zamknąć tej energii ze sceny w studiu nagraniowym. Chciałem usłyszeć także ten mocny klimat Smash The Pinata, a wiele utworów jest go pozbawiona na rzecz .. czego? Funkującej lekkości? Płyta jest niejednorodna stylistycznie, jakby sami nie wiedzieli, co i jak chcą grać. Dziwnie brzmi ten zarzut w ustach fana Faith No More, ale tutaj po prostu piosenki nie trzymają poziomu. Brakuje selekcji, która tak świetnie sprawdziła się w przypadku Dead Letter Circus. Tamci wydali EP i może Mammal powinien zrobić to samo (chociaż byłaby to ich kolejna), a nie na siłę klecić LP z tego, co akurat mieli pod ręką. Teraz garść pozytywów. Pomysłów wystarczająco jak na jedną płytę. Chłopcy z zespołu starają się i nie stoją w miejscu, a gra na instrumentach plemiennych ubarwia całość. Nie brakuje tutaj też naprawdę doskonałych kawałków, które zaspokoiły me oczekiwania. Nie ma wprawdzie większej energii i klimatu niż w tych dwóch wyjściowych utworach, ale jest Religion, Clear Enough, Hollywood Shrine, Living In Sin. Dorzucając Zero Infinity w sam raz na EP. Pozostałe mogłyby się nadać dla ludzi, którzy lubią sympatycznego rocka i nie mają wygórowanych oczekiwań (takich jak ja). (6.5/10) |