RECENZJA
|
powrót do głównej strony ARrecenzji
Recenzje od A do Z Zobacz jakie jeszcze płyty zostały zrecenzowane przez Active Rocka Kim są recenzenci?? Poznaj zaszczytne grono recenzentów. Dowiedz się kim są, co uwielbiają, a czego nie znoszą.... Active Rock Lista Aktualne notowanie Active Rock Listy! powrót do głównej strony ARrecenzji |
METALLICADeath Magnetic original release date 12.09.2008 (official Site) (MySpace) (Buy @ Empik) na skróty część II - Zawartość muzyczna 01 - That Was Just Your Life 02 - The End Of The Line 03 - Broken, Beat & Scarred 04 - The Day That Never Comes 05 - All Nightmare Long 06 - Cyanide 07 - The Unforgiven III 08 - The Judas Kiss 09 - Suicide & Redemption 10 - My Apocalypse Co autor miał na myśli? Ogólna ocena płyty część I - Podobieństwa, z czym ci się kojarzy ta płyta? zator(e)k - Estetyka tej płyty kojarzy mi się nieodparcie z jej starszą siostrą bliźniaczką (paradox ? ależ nie !!!), którą jest "....And Justice For All". Natomiast nie byłbym sobą, gdybym jednak nie próbował znaleźć mniej oczywistych konotacji. Na upartego w stylistyce "dojrzałej Metallicy" można doszukać się wielu odcieni heavy metalu z lat 70. Dla mnie osobiście Metallica jest w prostej linii spadkobiercą jednej z jaśniejszych heavy metalowych komet "złotej ery hard rocka", niestety dzisiaj zapomnianej, walijskiej grupy Budgie. Pojawienie się Metallicy na firmamencie rockowym zbiegło się z okresem królowania epigonicznego heavy metalu i glam rocka stąd wielu uznało ją za objawienie i tak ta pogłoska - że sparafrazuję tutaj Pismo Święte - rozniosła się wśród fanów i trwa do dzisiaj. Patrząc jednak przez pryzmat najlepszych lat heavy metalu (dla mnie graniczną datą jest ukazanie się jest Physical Graffiti Ledów) i takich płyt jak I-IV LZ czy trylogia In Rock, Fireball, Machine Head DP, albo pierwsze cztery krążki Black Sabbath Metallica nie stanowiła aż takiego przełomu, co najwyżej powrót do korzeni i przyzwoitej formy, która przez niemal dziesięciolecie (1975-84) erodowała i rozglamywała się na drobne za pomocą zalatujących wtórnością przedsięwzięć jak Saxon, Iron Maiden, Judas Priest że nie wspomnę o Van Halen, Bon Jovi albo Scorpions będących wtórnością do kwadratu. Na dobrą sprawę dokonania Met w rewolucjonizowaniu heavy rocka w zasadzie da się streścić w prostej sentencji "play it fuckin' louder" czego najnowsza produkcja sympatycznego kwartetu z Kalifornii jest ewidentnym przykładem. Próba odsłuchania tego wyrobu muzycznopodobnego przy pomocy słuchawek grozi utratą słuchu tudzież kompletnym skołowaceniem bowiem jest tak głośno, że ...... nic nie słychać, a w szczególności jakiejkolwiek muzyki :)))) Równie dobrze można było na ścieżce dźwiękowej tego krążka zamieścić 70 minutą relację z nagrania wodospadu Niagara. Ilość doznań estetycznych byłaby niewiele mniejsza a o ile mniej roboty dla wytwórni płytowej. część II - Zawartość muzyczna 01 - That Was Just Your Life zator(e)k - Kawałek nie wart dłuższego rozpamiętywania, chociaż jak na "otwieracza" jest dość długi. Jedyne co mi się spodobało to bicie serduszka - czyżby sentymentalne nawiązanie do Pink Floyd ? - no i pląsające początkowe akordy oczywisty autoplagiat z "czarnej płytki"....dalej już bez historii, sieczka nie wychodząca poza średniactwo.. za dłuuuugo te same riffy, poziom solówek niczym w The Shadows (jedna całkiem westernowa), jedyny koleś, który wkłada chyba jakieś serce to Ulrich ale on chyba już tak ma że ten zespół = jego życie. Jak dla mnie (5/10) 02 - The End Of The Line zator(e)k - To powinien być pierwszy promujący płytę singiel. Nie rozumiem dlaczego producent zdecydował się na jakieś rozmemłane balladzisko, popłuczynę po "Nothing else...". Ten kawałek jako jeden z 3 - 4 na całej płycie, ma autentyczne jaja zwane wśród profesjonałów drivem. Mogę go słuchać sześć razy z rzędu a potem od razu przeskoczyć do kawałka nr 5. :)))) Tak się jakoś na tej płycie zdarzyło, że fajne kawałki są 2, 5, 8 no trudnooo trza skakać. End of the Line to numer zagrany z dużym pałerem, wiele się dzieje, choć nie jest przekombinowany, zaśpiewany jak za najlepszych lat, w piątej minutce soluffka która nie trąci myszką (chyba najlepsza na płycie) i ten rozlaaaany podsumowujący wszystko "slave becomes the master"...niemal jak "nothing else matters". Spokojnie mogą chłopcy ten kawałek włączyć do swojego kanonu. Niewątpliwie (9.5/10) 03 - Broken, Beat & Scarred zator(e)k - Od ścianki do ścianki - od kawałka niemal doskonałego zsuwamy się ponownie w okolice zaledwie poprawności - gdyby taki kawałek nagrała jakaś kapela spod Warsiafki albo Poznania pewnie krytycy muzyczni nadwislańscy dostaliby orgazmu połączonego z różyczką, jednak pamiętajmy ten kawałek "skomponowali" GIGANCI. To po prostu 4/10 więcej nie uchodzi. (4/10) 04 - The Day That Never Comes zator(e)k - Była onegdaj popularna taka harcerska ballada "Płonie ognisko i szumią knieje" grana chyba na tych samych akordach gitarowych - więcej w niej było podniosłego nastroju i autentycznych przeżyć niż w tej ledwie poprawnej, choć chaotycznie zmiksowanej produkcji. Wydaje się że kolega marketingowiec z wytwórni płytowej nie mógł się do końca zdecydować jaka ma być grupa docelowa singla promującego DM. Czy mają to być fanki Johna Bon Jovi, czy może podtatusiali miłośnicy Steva Tylera, a może jednak wielbiciele braci Abbott. Najbardziej rażące w tym kawałku jest to że nic nie wynika w nim z niczego, jest to zbiór niechlujnie posklejanych pomysłów udających jeden utwór. Naprawdę nie było potrzeby aby trwał kolejne 8 minut. Wybranie tego utworu na singiel promujący płytę jest moim zdaniem strzałem we własne kolano i dowodem na kompletne zagubienie/oderwanie artystów tworzących Metallikę od środowiska z którego wyrośli oni i ich największe dokonania. Może rzeczywiście lepiej byłoby gdyby taki dzień nigdy nie nadszedł. (4/10) 05 - All Nightmare Long zator(e)k - Nie na darmo wspomniałem powyżej ś.p. Darrella - problem z tą płytą jest taki, że jedne kawałki są absolutnie nie do słuchania (nuuuudaaaa) a inne - niestety nieliczne - zachwycają świeżością niczym produkcje Pantery. I ten kawałek tak brzmi, jakby duch Darrella unosił się w studio nad muzykami Metalliki. - może to była ta tytułowa zjawa ? Solówka gitarki też bardziej przypomina Dimebega niż szkolne wycinanki jakimi darzył nas Hammett przez ostatnie kilkanaście minut. Zagrane treściwie, skończone na czas - na cztery plus, czyli (9/10) 06 - Cyanide zator(e)k - I kolejny antrakt, grany na jednym rifi-fi-fi - bardziej służący za akompaniament dla pieśniarza, niż jak utwór muzyczny. Ot taka se piosenka. Bez komentarza. (3/10) 07 - The Unforgiven III zator(e)k - Norwid powiedział kiedyś: "kto tworzy dwa razy ten potworzy". To już, jak wskazuje tytuł, kolejna twarz tego samego potforka. Początek to Majkel Kejmen w najsłodszej swojej odsłonie a dalej tylko czekanie. Fajnie się słucha, tylko że nie czuje się żadnego dreszczyku, żadnego pulsowania skroni, żadnego zatrzymania oddechu. Utwory genialne - a takim niewątpliwie był Unforgiven - bardzo łatwo poznać, słuchając ich zawsze ma się wrażenie że są za krótkie i to nie zależnie od tego czy faktycznie trwają 2 czy 20 min. W przypadku Unforgiven III ani przez chwilę nie odniosłem takiego wrażenia, wręcz przeciwnie przez całe 7 minut czekałem że wydarzy się coś.... (6/10) 08 - The Judas Kiss zator(e)k - Brat przyrodni numerka otwierającego AndJForAll. .....I dlatego fajnie się go słucha .....wszak tamten wszedł do absolutnego metallicznego "Hall of Fame", czy mam jeszcze coś do dodania ? Jasne, to już niestety niemal koniec przyzwoitego grania na tej płycie. (8.5/10) 09 - Suicide & Redemption zator(e)k - Utwór którego tytuł jest dwuwyrazowy i tak samo dwuwyrazisty jest jego odbiór. Gdyby szanowni artyści postanowili skończyć go na 3:40 uznałbym go niewątpliwie za najlepszy na płycie. Pierwsze pół minuty to średniawa dość rozbiegówka, ale to co dzieje się przez następne kilkadziesiąt sekund zapowiadało coś na miarę niemal Vermiliona Slipknotuff. Takie rify generalnie nieczęsto śnią się najlepszym nawet metalowcom. Jednak jakieś licho, czort jakiś, podszepnął im że trzeba z tego zrobić dziesięciominutowego tasiemca a w środku trzeba koniecznie wyciąć jakiegoś hołubca no i ...jak to mówili klasycy marksizmu.... miało być pięknie a wyszło jak zawsze. Później - przez następne kilka minut - to już praktycznie rzeź niewiniątek i jazda z górki na pazurki bo inaczej panowie nie wiedzieliby jak go skończyć. Najwyżej (7.5/10) 10 - My Apocalypse zator(e)k - Druga część kawałka nr 8 jednak zgodnie z naczelną zasadą przyświecającą temu krążkowi zagrana Fakin Lałder a w dodatku Fakin Faster. Już mi tak do gustu nie przypadła. Solówki żenujące jak na gościa który brał lekcje u Satrianiego. Tak się nie powinno kończyć. Maks (6/10) część III - Zawartość liryczna. Co autor miał na myśli? zator(e)k - Pisarstwo na tym krążku kwitnie. Ponoć faceci po czterdziestce stają się zrzędzącymi marudami, którym ryj się nie zamyka, którzy do wszystkiego muszą się przypiąć, nic się im nie podoba a w dodatku wydaje im się, że powinni to swoje dezęteresmą w bardzo wylewnej formie zakomunikować całemu światu. Jeśli do tego dołożyć paranormalne doświadczenia Hatchfielda w dziedzinie sprawdzania na sobie samym jak daleko może posunąć się człowiek w samozniszczeniu za pomocą wszelkich dostępnych środków odurzających otrzymujemy istny koktajl Mołotowa w którym nie wiadomo co jest bardziej wybuchowe - wqrwienie na świat czy na samego siebie. I chyba dlatego pisarstwo na tym krążku kwitnie, choć nie koniecznie literatura. część IV - Ogólna ocena płyty zator(e)k - Przywołana tu już kilka razy Pantera nagrała w 2000 roku swój testament p.t. "Reinventing the steel" i była to rzeczywiście na nowo odkryta magiczna studnia ożywczej energii płynących z prostych w swej genialności rifów brzmieniowo wzbogaconych o całą dekadę lat 90 doświadczeń własnych i pokrewnych kapel. Osiem lat później inni legendarni muzycy nagrywają płytę, którą powinni nazwać "Restoring metall". Czym różni się reinwencja od restauracji nie muszę chyba szanownym czytelnikom wyłuszczać. Gdybym dysponował wehikułem czasu i gdyby ktoś w 1988 roku zapytał mnie jaką płytę mogliby nagrać Ci sami muzycy ale o 20 lat starsi pozbawieni już tej pasji, i tej drapieżności młodych gniewnych mógłbym śmiało sięgnąć po Death Magnetic i położyć pytającemu na odtwarzaczu. Metallica nagrała płytę na jaka było ją dziś stać. Słucha się jej całkiem nieźle jednak na tle takich kapel jak Slipknot, Disturbed, czy nawet Atreyu brzmi ona niemal archaicznie. W żadnym momencie nie jest w stanie niczym nas zaskoczyć. Mamy do czynienia ze starymi, dobrze znanymi patentami, zero niespodzianek... a z drugiej strony czy po Pendereckim oczekuje ktoś komponowania oratoriów w stylu Piotra Rubika ??? Więc może to i dobrze ? Cieszmy się tą płytą bo przecież stanowi dowód że ogień całkiem jeszcze nie zgasł, a przecież byliśmy całkiem niedawno o krok..... (7/10) |